Lwów początku XX wieku: miasto-tygiel

Ludzie w tym mieście byli niepokorni i twardzi. I nie chodzi tu o twardość podmiejskiej żulii, która zyskała pieszczotliwe i uwielbiane w reszcie kraju miano „batiarów”. Twardzi w tym mieście byli ludzie kulturalni. Profesorowie, księża, urzędnicy, studenci…

Być może ta „batiarska” twardość lwowskiej inteligencji brała się z bezwzględnej rywalizacji, jaka w tym mieście toczyła się między nacjami właśnie na polu uniwersyteckim? Lwowska wyższa uczelnia, stworzona jeszcze za Jana Kazimierza, w wieku XIX stała się polem zmagań między trzema językami: niemieckim, polskim i ruskim, który później przeewoluował w ukraiński. Łacina, choć obecna, to jednak głównie na wydziale teologicznym, nie brała udziału w zmaganiach, ale pozostawała w roli neutralnego obserwatora: chodziło o to, czy rząd dusz będzie trzymać Austria, czy też obejmą go Polacy lub Ukraińcy, właśnie zyskujący świadomość narodową.

Na początku język niemiecki panował niepodzielnie. Wiosna Ludów przyniosła zezwolenie na prowadzenie pewnych wykładów w językach narodowych. W dekadzie lat 50-tych język ruski i uczeni ukraińscy uzyskali pewne znaczenie, co wiązało się z austriacką polityką faworyzowania jednych nacji względem drugich. Żywioł polski okazał się jednak silniejszy i od lat 70-tych XIX wieku zaczął się rozpychać na dobre i wypychać inne języki, przy czym łacina tradycyjnie utrzymywała swoje stałe, niepolityczne stanowisko na wydziale teologii.

Choć uczonych każdej narodowości traktowano z szacunkiem należnym ich wiedzy i doświadczeniu, nie ulegało wątpliwości, że była to wówczas uczelnia polska. Byli zresztą uczeni, którzy prowadzili wykłady w swoich dziedzinach i po polsku i po rusku, więc owo zwycięstwo języka polskiego nie miało charakteru absolutnego i niszczącego tożsamość innych nacji, ale dekady mniej lub bardziej otwartej rywalizacji musiały pozostawić ślad, którym mogła być pewna twardość charakterów, nawet u najbardziej subtelnych osobowości. A ta twardość ujawniała się czasami w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach.

Jeden z pierwszych polskich historyków sztuki, nota bene z pochodzenia Ormianin, urodzony w połowie XIX wieku Jan Bołoz Antoniewicz, swoje seminarium poświęcone artystom włoskiego Renesansu prowadził w czasie oblężenia Lwowa przez Ukraińców w 1919 roku, w gmachu starego Uniwersytetu, który znajdował się w zasięgu wrogiej artylerii. Nie widział powodu, aby rezygnować ze spotkań, nie widzieli go także studenci, którzy na te dwie godziny tygodniowo zwalniali się ze służby i w mundurach stawiali się w salce seminaryjnej. Czynili tak do czasu, gdy pocisk uderzył w pomieszczenie obok i zrujnował cały fragment budynku.

Wiemy to ze wspomnienia innego znakomitego historyka sztuki, Mieczysława Gębarowicza, który był jednym ze studentów Bołoza:

Zasłuchani zapominaliśmy o rzeczywistości i tylko od czasu do czasu wytężać musieliśmy słuch, gdy silniejszy ogień artylerii lub wybuch pocisku w pobliżu przygłuszał słowa mówiącego.

Tenże Gębarowicz, gdy już był docentem na Uniwersytecie Jana Kazimierza i cenionym pracownikiem Ossolineum, oprowadzał po Muzeum Lubomirskich, które gromadziło najciekawsze we Lwowie zbiory malarstwa, wycieczkę uczelnianego koła historyków sztuki. Zachowała się z tej wycieczki fotografia. Grupa elegancko ubranych młodych ludzi zgromadzona wokół poważnie spoglądającego, szczupłego mężczyzny w palcie, szaliku i kapeluszu. Oni też z paltach i futrach. Stoją w sali, w której na ścianach wiszą obrazy. Był koniec stycznia 1931 roku. W muzeum nie było ogrzewania. Nikomu to jednak nie przeszkadzało w najważniejszym. W końcu przyszli tam, aby poznać sztukę, a nie aby narzekać na temperaturę. Byli twardzi.

Byli też bardzo rozmaici. Nie przypadkiem wspomniano tu o pochodzeniu Bołoz Antoniewicza. W tym mieście znajdowały się trzy katedry: katolicka, zwana łacińską, grekokatolicka i ormiańska. Samoidentyfikacja była ważna, ważne było też, aby się wyróżnić i czuć dumę z tego, kim się jest.

Stanisław Wasylewski, autor książki o Lwowie w przedwojennej serii „Cuda Polski”, opisywał „typowego lwowianina” korzystając – nieco ironicznie – z antropologicznej typologii, Jana Czekanowskiego, nota bene także mieszkańca Lwowa i profesora Uniwersytetu:

Okrągła twarz, zielonkawe oczy, ambicja, rozmach, spostrzegawczość, alfa typ północno-europejski: długogłowy, wytrwały, zawzięty blondyn.

Po czym reflektował się i pisał o „zastrzykach”, jakie ten blondyn dostawał: zastrzyki ormiańskie, grecko-turecko-tatarskie…

I konkludował: Piec topny lwowski działał zawsze doskonale. Przybysze z Niemiec nie tylko nie zgermanizują nikogo, lecz sami polszczą się tak dokumentnie, że po stu latach śladu po nich nie zostanie.

Komu by przyszło głowy – powiada Wasylewski – że nazwa tak rdzennie lwowsko brzmiąca, jak Kulparków, pochodzi od właściciela tego miejsca, o nazwisku Goldberger. A Zamarstynów od Sommersteina…

To miasto i jego polskość miały istotnie niezwykłą siłę przyciągania, co ciekawe, nie tylko wobec elit, ale także wobec ludzi prostych. Polski geograf Alfred Jahn, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, opisuje jak jego ojciec, wiedeński szewc, który na początku XX wieku osiedlił się na lwowskim Kleparowie i do końca życia modlił się po niemiecku, rozmawiał w roku 1941 z niemieckim policjantem:

Policjant zażądał od ojca dokumentów. Długo je studiował, a potem zapytał „Sind Sie Herr Jahn?” „Jawohl” odpowiedział ojciec. „Friedrich Jahn?” „Jawohl”, skwitował ojciec. „Geboren in Wien?”, z uznaniem ciągnął policjant. „Jawohl” przytakiwał ojciec. „Also, Sind Sie ein Deutscher?” – próbował zakończyć rozmowę zadowolony policjant, zwłaszcza że w akcencie mojego ojca, w trakcie dalszej rozmowy, rozpoznał świetnie sobie znany dialekt austriacki.

I teraz nastąpiła konsternacja. Ojciec spokojnym głosem wyjaśnił, że jest Polakiem, że czuje się Polakiem i pragnie nim pozostać.

Przypomina się fragment z wydanej tuż po wojnie pełnej nostalgicznej tęsknoty książkę „Mój Lwów” Józefa Wittlina:
Bałabany, Korniakty, Mohyły, Boimy, Kampiany – cóż to za pstrokata zbieranina? To jest właśnie Lwów. Różnolity, wzorzysty, olśniewający, jak wschodni kobierzec. Grecy, Ormianie, Włosi, Saraceni, Niemcy lwowieją przy tubylcach polskich, ruskich i żydowskich, a lwowieją „na fest”.

Częścią takiego właśnie miasta był Henryk Mosing. To miasto zostało przez wojnę i po wojnie zniszczone i można powiedzieć za Herbertem, też lwowianinem, że w czasach sowieckich to Mosing był jednym z tych ludzi, którzy „byli miasto”. Dumne, zadziorne, twarde…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *