Mosing i Weigl

Między tymi ludźmi istniała niewątpliwie klasyczna relacja mistrz – uczeń, ale wiele wskazuje na to, że było też coś więcej. Autentyczna przyjaźń. Na tyle, na ile pozwalała na to różnica wieku i konwenanse czasów, które nie dawały przyzwolenia na nadmierne manifestowanie uczuć między ludźmi z różnych pokoleń. Kiedy Henryk Mosing zetknął się po raz pierwszy z Rudolfem Weiglem, był młodziutkim studentem, a naprzeciwko niego stał profesor o uznanej pozycji naukowej i ustabilizowanej sytuacji rodzinnej i majątkowej. Człowiek, który mógłby być jego ojcem. A jednak pewne cechy charakteru obu tych ludzi sprawiły, że połączyły ich więzy przyjaźni.

Co ich łączyło? Z pewnością jedną z tych rzeczy było umiłowanie prawdy. Brzmi to nieco pompatycznie, bo o sławnych ludziach zwykle się mówi, że „miłowali prawdę”, ale w tym przypadku pompatyczna forma niesie ze sobą autentyczną treść. Być może moglibyśmy użyć określenia „szacunek dla prawdy”, ale to było znacznie więcej niż szacunek. Syn Rudolfa Weigla, Wiktor, pisał o swoim ojcu, że kłamstwa, krętactwa i cwaniactwa po prostu nienawidził: „Gdy złapał kogoś na kłamstwie czy krętactwie, człowiek ten przestawał dla niego istnieć.”

Mosing nie był tak rygorystyczny, zapewne dlatego, że jego wiara nie pozwalała na „skreślanie” człowieka. Ale prawda i prawdomówność to były dla niego sprawy kluczowe. W jego Instytucie Św. Wawrzyńca najchętniej rozważał ze swoimi podopiecznymi myśl: „Nie wolno czynić zła, aby wyniknęło dobro”. Jego wychowankowie podkreślali, że kłamstwo było w jego oczach najgorszym czynem, jakiego można się było dopuścić. Obecny biskup pomocniczy Lwowa, Leon Mały opowiada, że kiedy przychodził jako młody chłopak do domu Doktora pobierać naukę, to mógł narobić bardzo wielu głupstw, mógł wysadzić w powietrze piecyk gazowy, co zresztą w pewnym momencie jednemu z wychowanków się zdarzyło, ale nie mógł skłamać. A jeśli skłamał, to potem przez wiele czasu musiał rozważać okoliczności, w jakich do tego doszło i Doktor dbał o to, aby wychowanek doskonale przyswoił sobie powody, dla jakich nie powinien był tak uczynić.

Syn Weigla, Wiktor, który zdał maturę tuż przed wybuchem wojny i lgnął do nieco tylko starszego od niego Mosinga, po latach pisał o nim jako o „człowieku, którego nikt nie mógł naprawdę rozgryźć”, człowieku, który był „odrębnym rozdziałem” w historii Zakładu Weigla:

Zdolny naukowiec, o szerokich niezależnych poglądach, humanista – prowadził ascetyczny tryb życia, co u jednych wzbudzało podziw, u innych niezrozumienie. Interesował się filozofią hinduską. Marzył o wyjeździe do Indii. Miał niezwykły dar nawiązywania kontaktów z ludźmi, a zwłaszcza z młodzieżą.

Wiktor Weigl, zwany przez rodzinę „Turkiem”, co przyjęło się także w Instytucie, opowiadał, że ten dar nawiązywania kontaktów pomógł wielce w wyprawach, jakie Instytut przed wojną organizował na tereny wiejskie, gdzie z powodu niskiego stanu higieny tyfus rozwijał się w najlepsze:

Był nieodzowny w organizowaniu wypraw epidemiologicznych, dzięki swojej niezwykłej umiejętności nawiązywania kontaktu z prymitywnymi jak nieufnymi, zacofanymi „Bójkami i Łemkami” z zapadłych wiosek Huculszczyzny.

W czasie wojny Mosing był jedną z tych osób, dzięki którym Weigl mógł utrzymywać swój Instytut. Jego spokój, systematyczność i odwaga sprawiały, że – mimo młodego wieku – był ostoją dla nieco chimerycznego Weigla. To Mosing utrzymywał w ryzach niesforny i rozbrykany zespół karmicieli wszy, strzykaczy, preparatorów, wśród których zdarzały się i romanse i przypadki kradzieży i pijaństwa. Skłonny do gniewu Weigl i jego druga życiowa partnerka, apodyktyczna Zofia Herzig, nie byli osobami, które mogły utrzymać naturalną dyscyplinę w tej gromadzie. Co innego Mosing: z jednej strony nic się przed nim nie mogło ukryć, a z drugiej był pełen empatii i starał się w dosłownym sensie sprowadzać ludzi na dobrą drogę, a nie ich odrzucać.

Mosing był także niezastąpiony, gdy przychodziło do misji prawdziwie niebezpiecznych. Taką misją było zawiezienie szczepionki przeciw tyfusowi do warszawskiego getta, gdzie miano ją przekazać prof. Hirszfeldowi. Młody lwowski naukowiec stał na czele całej wyprawy, która była jak najbardziej oficjalna: Niemcom wmówiono, że w warszawskim getcie rozwijają się nowe, nieznane i potencjalnie groźne szczepy bakterii tyfusu, a więc należy je zbadać i wyprodukować przeciwko nim szczepionkę. Przy okazji całej „naukowej” wyprawy, dla której Niemcy dostarczyli samochód, przewieziono do Warszawy spory zapas esencji szczepionki wysuszonej tak, aby przypominała herbatę. Przemyt udał się znakomicie.

Podobną technikę działania zastosował Mosing ćwierć wieku później, gdy umieszczał zajęcia z łaciny i teologii moralnej, jakie prowadził dla młodzieży, w części budynku Instytutu, gdzie znajdował się Oddział Szczególnie Niebezpieczny, gdzie nie miały wstępu żadne kontrole. Kilka lat zajęło sowieckim władzom zorientowanie się, że może się tam dziać coś „nieprawomyślnego”. Ten rodzaj sprytu przy wykorzystaniu swoich naukowych kompetencji to też było coś, co łączyło Weigla i Mosinga.

Po okresie półtorej dekady intensywnych kontaktów, musieli się pod koniec wojny rozstać i nigdy już się nie spotkali. W roku 1944 Niemcy wywieźli Weigla ze Lwowa na zachód, gdzie na Podhalu doczekał nadejścia sowieckiej ofensywy. Mosing pozostał we Lwowie i – jako najwyższy stopniem naukowym i doświadczeniem „weiglowiec” – został przez nowe władze zaakceptowany jako osoba kierująca produkcją szczepionki. Między nimi zapadła żelazna kurtyna bo po roku 1946 aż do połowy lat 50-tych kontakty osobiste i naukowe między PRL a ZSSR zostały ściśle reglamentowane.

Weigl miał 61 lat i w nowej Polsce nie zaznał wiele dobrego. Oskarżano go o kolaborację, co musiało być bolesne dla człowieka, który z narażeniem życia opowiedział się za Polską mimo, że formalnie Polakiem nie był, bo przecież urodził się w rodzinie austriackiej. Mosing miał lat 34, wchodził w najlepszy okres pracy naukowej, ale miał zetrzeć się z sowiecką machiną naukowo-ideologiczną. W pewnym sensie spotkali się duchowo, gdy w roku 1946 Rudolf Weigl przedstawiał w Krakowie, na posiedzeniu Polskiej Akademii Umiejętności, pracę naukową swojego ucznia.

Ich ostatnie duchowe spotkanie miało miejsce także w Krakowie, na cmentarzu Rakowickim, 17 sierpnia 1957 roku, w dniu pogrzebu Weigla. W tym roku Mosingowi wreszcie udało się uzyskać zgodę na przyjazd do Polski, do Krakowa dotarł 15 sierpnia, ale jego mistrz i przyjaciel od czterech dni nie żył. Jedyne, co mógł zrobić, to przemówić nad jego grobem, choć – jak podają przekazy – ze wzruszenia nie był w stanie dokończyć przygotowanego wystąpienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *