„Za drugich Sowietów” – depolonizacja miasta

Okres trzeciej okupacji Lwowa, po wyparciu Niemców w lipcu 1944 roku, nazywany był przez mieszkańców „za drugich Sowietów”. Po doświadczeniach lat 1939-41 nikt nie miał złudzeń, jak będzie wyglądało „wyzwolenie”. Zaczęło się dobrze, od współdziałania oddziałów AK i wojsk sowieckich przy zdobywaniu miasta. Współdziałanie było elementem Akcji „Burza”, która nakazywała podjęcie działań zbrojnych wspólnie z sojusznikami, a następnie wystąpienie wobec nich w roli gospodarzy.

Odezwa dowództwa AK w sprawie Akcji „Burza”

Jednak to współdziałanie trwało krótko, a wywieszenie polskich flag w wyzwolonym od Niemców Lwowie nie było dobrze widziane przez nowe władze.

Politechnika Lwowska z wywieszonymi obok siebie flagami: polską i sowiecką. Lipiec 1944.

Jeszcze raz okazało się, jak ważny był Lwów dla Sowietów. Szef Komunistycznej Partii Ukrainy i bliski współpracownik Stalina, Nikita Chruszczow, zjawił się w mieście tuż po przejściu frontu: 30 lipca. Mógł się wówczas naocznie przekonać o nastawieniu miejscowych Polaków. Domy udekorowane były biało-czerwonymi flagami, a w czasie wiecu, na który spędzono w miarę lojalnych mieszkańców zaczęto wznosić okrzyki: Niech żyje polski Lwów! Lwów do Polski! Według przekazów sekretarz zaczął wówczas gniewnie pochrząkiwać i być może wtedy przekonał się ostatecznie, że bez całkowitej pacyfikacji żywiołu polskiego nigdy nie opanuje tego miasta.

Nikita Chruszczow przemawia na zebraniu we Lwowie. NAC.

W podobnym tonie brzmiały sprawozdania lokalnych enkawudzistów. Jak to ujął jeden z dowódców oddziały te „od razu przystąpiły do swoich obowiązków”. Polskie oddziały, które pomogły zdobyć Lwów, zostały prędko rozbrojone i wcielone do armii podporządkowanej dowództwu sowieckiemu. NKWD działało brutalnie i energicznie, aresztując w regionie w krótkim czasie około 4 tysiące ludzi zaangażowanych w konspirację.

Jednak od represji silniejsze okazały się działania polityczne. Chruszczow i Stalin postanowili, że lwowszczyzna musi być w przyszłości fizycznie niezdolna do manifestowania polskości. Trzeba było Polaków stamtąd wywieźć. Można było ich wywieźć na wschód, ale wzbudziłoby to niepotrzebne kontrowersje wśród Aliantów, w końcu Polska była formalnie sojusznikiem. Lepiej było ich wywieźć na zachód, czyli na przyszłe terytorium powojennej Polski. Stalin rozumował w sposób dla siebie właściwy, to znaczy racjonalny, choć pozbawiony ludzkich uczuć. Wysiedlając Polaków z Zachodniej Ukrainy dawał tamtejszym komunistom do ręki oręż w walce z nacjonalistami z OUN. Pokazywał, że to nie dzięki upowskim rzeziom, ale dzięki jego polityce Ukraina stanie się jednolita etnicznie i na zawsze ukraińska. Jednocześnie przekazywał władzom przyszłej PRL potężny zastrzyk tak zwanego „materiału ludzkiego”, który miał pozwolić zagospodarować tereny zachodnie, które z kolei planowano oczyścić z Niemców. Z terenów wschodniej Polski natomiast chciał przesiedlić na wschód prawie pół miliona tamtejszych Ukraińców. Były to  czystki etniczne na niewyobrażalną skalę, które miały w efekcie przynieść łatwiejsze zarządzanie podporządkowanymi mu państwami. Łatwiejsze, bo uwolnione od konfliktów narodowościowych.

Artykuł w wychodzącym we Lwowie komunistycznym dzienniku „Czerwony Sztandar” o umowie między rządem ZSSR a PKWN.

We wrześniu 1944 roku władze sowieckie podpisały z PKWN porozumienie o wzajemnej wymianie ludności. Użyto w nim słowa „ewakuacja”, ale już niedługo karierę zaczęło robić słowo „repatriacja”, oznaczające – całkowicie przeciwnie do tego, co się działo – powrót do ojczyzny. Lwowska ulica natychmiast zareagowała. Profesor Uniwersytetu Lwowskiego, Ryszard Gansiniec, którego wspomnienia doskonale oddają atmosferę tego czasu, tak o tym pisał:

„Nastrój jest niezły, chociaż życie ciężkie. Dalej się agituje za wyjazdem. Prezes komisji ewakuacyjnej, dr Podkomorski, napisał artykuł w Czerwonym Sztandarze pt. Polska czeka na was. Straganiarki zaraz miały na to odpowiedź: A my czekamy na Polskę.”

Gansiniec pisał o agitacji, bo właściwie ta ewakuacja, czy „repatriacja” były oficjalnie dobrowolne. Tylko, że w praktyce Polakom przedstawiono alternatywę: albo dobrowolnie wyjedziecie do swoich na zachód, albo my całkiem niedobrowolnie was wywieziemy na wschód. Ten sam autor wspominał, że od czasu do czasu NKWD organizowało większe aresztowania i wywózki, a następnego dnia pod punktami ewakuacyjnymi ustawiały się długie kolejki…

Była tylko jedna kategoria ludzi, która nie wyjeżdżała dobrowolnie. Księża i zakonnicy. Ci dostawali polecenie, aby zdać konkretnego dnia klucze do kościołów i klasztorów, które przejmowało państwo. Nielicznym pozwolono pozostać. We Lwowie miały być czynne trzy kościoły: katedra na Starym Mieście, kościół św. Antoniego na Łyczakowie i kościół św. Marii Magdaleny w pobliżu Politechniki.

W mieście, w którym przed wojną mieszkało około 160.000 Polaków, po zakończeniu akcji „repatriacyjnej” w roku 1946 pozostało ich około 10.000. Spośród przedwojennych elit pozostało niewielu profesorów: historyk sztuki Mieczysław Gębarowicz, prawnicy Marceli Chlamtacz, Juliusz Makarewicz, inżynierowie Witold Aulich, Wilhelm Mozer. Wśród lekarzy i biologów znalazł się Henryk Mosing, jeszcze nie profesor, ale już przynależący do ścisłej elity intelektualnej miasta. Do Lwowa płynęła szerokim strumieniem ludność napływowa, która miała wypełnić próżnię po Polakach i nadać miastu nowy, „socjalistyczny” charakter. A jednak ci ludzie byli w stanie jeszcze przez jakiś czas nadawać miastu charakter, jeżeli nie decydować o nim, to w każdym razie być punktem odniesienia.

Zjawisko to opisała ukraińska badaczka specjalizująca się w etnologii, Aleksandra Matjuchina. Zauważała ona, że kulturowa przepaść między podbitymi, a podbijającymi była tak nieprzebyta, że dla przybyszów z podlwowskich wsi, a także ze wschodu, miasto jeszcze dekady po opuszczeniu go przez Polaków, którzy zbudowali jego charakter, było synonimem „europejskości”. Do Lwowa przyjeżdżało się niczym do stolicy zachodniego państwa, a wszystko to z powodu promieniowania przeszłości podtrzymywanej przez ludzi, którzy zdecydowali się pozostać. Matjuchina pisała:

„Nawet niewielka garstka rdzennej ludności Lwowa, jaka ostała się w l. 40. I 50., potrafiła podtrzymać europejski charakter  miasta. Ale stopniowo, im więcej Polaków wyjeżdżało, tym szybciej postępowała degradacja Lwowa.”

To, że nowi władcy zwyciężą nie ulegało oczywiście wątpliwości: mieli przewagę liczebną, organizacyjną, militarną, właściwie każdą. Mogli lepić Lwów na swoją modłę, tak jak chcieli. Tylko gdzieś w głębi pozostawał nieprzezwyciężony kompleks, który objawiał się w nieoczekiwanych sytuacjach, na ogół wspomagany alkoholem, ułatwiającym wyrzucenie z siebie głęboko skrywanych trosk i napięć. Mieczysław Gębarowicz, ostatni dyrektor Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich, tak opisywał w swoich wspomnieniach jedną z podobnych sytuacji:

„Najbardziej wstrząsające przeżycie wiąże się z jednym sekretarzem, który miał zadanie czuwać nad naszą prawomyślnością ideologiczną. Mimo, że partyjny pozostał jednak dobrym człowiekiem i nie czyhał na ofiary. Do mnie mimo, że swą nieustępliwością musiałem mu przyczyniać kłopotu, powziął sympatię, którą zresztą odwzajemniałem. Otóż raz po jakimś lekkim zakrapianiu świeżej promocji dyplomowej wracaliśmy w pogodną noc księżycową. Byliśmy sami, na ulicy pustki, on bierze mnie pod ramię i powiada:

– Wy macie ciężkie życie, wiem o tym najlepiej, ale ja wam zazdroszczę: wy jesteście człowiekiem, a ja swołocz…

Mieczysław Gębarowicz (siedzi, w ciemnym garniturze) wśród pracowników Ossolineum w 1947 r. Pierwszy z lewej jego ówczesny przełożony, Pawło Gnyp.

Zrobiło mi się go niesłychanie żal.”

(rb)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *