Urodzeni około roku 1910 – odważni księża

Ludzie urodzeni około roku 1910 byli skazani na to, aby być zimni lub gorący. Nie mogli być letni, bo czas na to nie pozwalał. Urodzeni tuż przez pierwszą Wielką Wojną, dorastali w niepodległej Polsce, która była dla nich czymś naturalnym, a gdy doszli wieku dojrzałego, musieli stawić czoła następnej Wielkiej Wojnie. Henryk Mosing urodził się w roku 1910. Należał do pokolenia, które miało dokonać rzeczy wielkich, i choć nie zawsze były one widoczne dla świata, pozostały w ludzkiej pamięci.

Karolina Lanckorońska, tak opisuje atmosferę pierwszych deportacji Polaków z lwowszczyzny, w lutym 1940 roku:
Na torach za dworcami lwowskimi stał cały park wagonów bydlęcych, przeciętnie po 80 osób w wagonie, jedni umierali, drudzy się rodzili – a mróz trzymał. Wreszcie pierwsze pociągi ruszyły na wschód. Zawsze, bez wyjątku, w tej chwili najstraszniejszej rozbrzmiewał śpiew zawsze ten sam, a raczej zawsze dwie te same pieśni: Rota lub Boże, coś Polskę…

W tym czasie, nie pamiętam dnia, miałam wizytę jedną z najważniejszych w moim życiu. Odwiedził mnie ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który czasami przychodził w różnych sprawach pomocy. Gdy mu otworzyłam drzwi, uderzył mnie wyraz jego twarzy, spokojny, prawie radosny, nawet promienny jakby jakimś wewnętrznym szczęściem. Dziwny to był kontrast z otaczającym nas wówczas cierpieniem.

– Przyszedłem się pożegnać.
– A dokąd Ksiądz jedzie?
– Nie wiem.

Ksiądz Fedorowicz miał wówczas 33 lata, był w wieku symbolicznym, miał tyle samo lat, ile według tradycji miał Chrystus, gdy szedł na krzyż. Fedorowicz nie mógł znieść świadomości, że na wschód wywożonych jest tylu pozbawionych opieki duchowej ludzi. Postanowił pojechać razem z nimi.

Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach. Gdy zamknęłam za nim drzwi, miałam wrażenie, że smuga światła po nim została. Wyjechał wkrótce potem.

Karolina Lanckorońska pozostawiła nam wspaniały, sugestywny i krzepiący obraz, ale pomyliła się. Ksiądz Fedorowicz nie wyjechał w lutowej fali deportacji. W lutym zdołał jedynie uzyskać zgodę na wyjazd od swojego biskupa, Bolesława Twardowskiego. W swoich wspomnieniach pisze, że w kwietniu, kiedy zaczęła się następna fala wywózek, postanowił wśliznąć się do transportu, ale przed udaniem się na dworzec postanowił spotkać się jeszcze ze swoim proboszczem, ks. Włodzimierzem Cieńskim, tam wpadł w kocioł i następne tygodnie spędził w więzieniu NKWD na Zamarstynowie.

Ostatecznie dostał się do transportu 28 czerwca 1940 roku, w trzeciej fali wywózek.

Fedorowicz nie widział zresztą niczego nadzwyczajnego w tym, że dobrowolnie zdecydował się na podróż tam, dokąd innych wywożono. Pisał z prostotą:

Niektórzy ludzie dziwią się, że wyjechałem dobrowolnie do Związku Radzieckiego. A przecież takich wypadków było więcej. Wraz ze mną na przykład, tym samym transportem, wyjechały dobrowolnie dwie dorosłe dziewczyny, służące u jakichś wywożonych rodzin. Nie chciały swoich państwa opuścić w takiej biedzie.

Bieda, jakiej doświadczali wywiezieni była dwojakiej natury. Do cierpień fizycznych: nędzy, zimna, głodu, pragnienia, niebezpieczeństwa, dochodziły opuszczenie, niepewność jutra i konieczność walki o byt z przyrodą i obojętnością ludzi. Kapłan nie mógł pomóc w tym pierwszym cierpieniu – sam musiał starać się przetrwać. Mógł jednak pomóc duchowo. Niósł możliwość komunii, spowiedzi, pomagał w modlitwie. Wywiezieni byli tego świadomi. Wstrząsający dowód na to, że cierpienie duchowe było przez wielu traktowane na równi z cierpieniem fizycznym znaleźć można w listach, jakie pisała do rodziny Stefania Skwarczyńska. Została ona wywieziona w kwietniu i dostała się do Kazachstanu, w okolice Semipałatyńska, późniejszego poligonu atomowego. Napisała do rodziny kilka krótkich listów, w których rzeczywistość duchowa jest silnie spleciona z walką o byt, a pragnienie chleba nierozerwalnie związane z pragnieniem komunii świętej:

Semipałatyńsk, 12 maja 1940 r.
Po 3-tygodniowej dantejskiej podróży zamkniętym pociągiem i wołami jesteśmy w fermie Michajłowskiej o 130 kil od stacji kolejowej we wschodniej Azji. Ze stacji na inne auto załadowano mi Marysię i rzeczy. Straciłam już jedno dziecko. Ufam, że pomyłka. Modlę się całą męką. Módlcie się o zmiłowanie. Mieszkamy w lepiance po baranach. Oby była praca. Nie liczę, byśmy tu przeżyli. Brak jedzenia. Proszę, napiszcie do Tadzia. Wierzę w jego opiekuńczą modlitwę nad Marysią. Modlę się o mądrą kolejność śmierci. Módlcie się i chodźcie za nas do komunii. Tak mi bez niej źle.

Skwarczyńska, późniejsza znakomita uczona, polonistka, przeżyła. Uratowało ją wstawiennictwo swojego profesora, Juliusza Kleinera u Wandy Wasilewskiej. Wstawiał się za nią także profesor Rudolf Weigl, który później zatrudnił ją w swoim Instytucie Tyfusowym.

Heroizmem było wyjechać z zesłańcami, ale już w kilka lat później heroizmem było po prostu zostać w czasie, gdy Polacy byli zachęcani, albo po prostu zmuszani do wyjazdu, który nazywano oficjalnie repatriacją. Stanowisko Kościoła było takie, że wobec wyjazdu wiernych powinni także wyjechać posługujący im księża. Nie było to jednak takie proste. Inny ksiądz z rocznika 1910, kapucyn Serafin Kaszuba, w roku 1945 wysiadł z wagonu z przesiedleńcami do Polski i pozostał na miejscu, na Wołyniu. Pisał do swojego przełożonego zakonnego usprawiedliwiając swoją decyzję:

Żal mi pozostawić wiernych bez żadnej opieki. Wprawdzie Polaków jest coraz mniej, ale pozostają katolicy Czesi, którzy podobno nieprędko wyjadą. Jest ich pewnie jakiś tysiąc albo i więcej – garną się obecnie do Kościoła-śpiewają w swoim języku i proszą, żeby ich nie opuszczać. Czy wolno mi w takich warunkach pozostawić kościoły na łaskę i niełaskę?

Kaszuba po prostu wysiadł z transportu jadącego do Polski. Bez rzeczy, bez perspektyw. Czuł, że tak było trzeba:
W Zdołbunowie nie było już czasu się namyślać. Kiedy pociąg z trzaskiem buforów stanął, wziąłem walizkę w rękę (…) i niepostrzeżenie przeszedłem tory. A rzeczy? Niech jadą cało do Ojczyzny. (…) A zresztą: „nie miejcie trzosa ani torby podróżnej”.

Przez ponad 10 lat o. Kaszuba był jedynym polskim księdzem na Wołyniu. Trzeba odwagi i samozaparcia, aby pozostać w tym regionie po wszystkim, co zaszło w krwawych latach 1942-44! Sam Kaszuba zresztą cudem wówczas uszedł z życiem, gdy w czerwcu 1943 roku UPA spaliło wieś Dermanka, w której był proboszczem i wymordowało mieszkańców. Od 1945 roku mieszkał w Równem, dojeżdżał do Sarn, Zdołbunowa, Korca. Odbywał także nielegalne podróże na Litwę i Łotwę. Od 1958 roku został pozbawiony zezwolenia na działalność duszpasterską i zameldowania. Zarzuty, jakie mu postawiono były typowe dla stylu sowieckiej walki z religią: pijaństwo i rozwiązłość… Stał się także jednym z bohaterów książki pod tytułem „Katolicyzm bez maski”. Zmarł w roku 1977, obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny.

Wielu jeszcze było księży z pokolenia urodzonych około roku 1910. W tymże roku urodził się Stanisław Ryżko, który pozostał w Pińsku na sowieckiej Białorusi po rozmowie ze starszym księdzem, kanonikiem katedralnym w Pińsku, Janem Wasilewskim, którą tak relacjonował:

– Podobno chcesz wyjechać za Bug? – zapytał mię ks. kanonik.
– Może – odpowiedziałem – cała parafia zapisała się za Bug, chcą, abym i ja z nimi jechał.
– Lepiej, żebyś pozostał, tu tak wiele pracy, tyle kościołów i parafii bez księży – mówi ks. kanonik.
– Jeżeli trzeba, mogę pozostać – odpowiadam.
– Ale pamiętaj, że może Cię czekać i więzienie, i śmierć – ostrzega wtedy ks. kanonik.
– O tym wiem – uśmiechając się odpowiadam.
– No to zostawaj – kończył ks. kanonik.
I tak zdecydowałem się pozostać.

Ksiądz Jan Wasilewski był postacią nietuzinkową. Gruntownie wykształcony teolog, wziął w 1921 roku udział w publicznej dyspucie o istnieniu Boga, zorganizowanej przez sowieckie władze w Petersburgu. W Pińsku pozostał jako proboszcz katedry, gdy wszystkich biskupów zmuszono do wyjazdu. W 1947 roku został zesłany, zmarł rok później, w wieku 63 lat. Ksiądz Ryżko nie pozostał w Pińsku dużo dłużej niż jego przełożony: w 1949 roku został aresztowany i skazany na 25 lat łagru. Przeżył, wrócił do swej parafii w 1956 roku i mimo szykan przeżył tam jeszcze prawie trzy dekady…

Do tych właśnie księży chciał po roku 1945 dołączyć Henryk Mosing. On także musiał w tym celu wysiąść z pociągu. Z pociągu życia może nie wygodnego, jak na nasze standardy, to jednak jak na standardy sowieckie, bajkowego: uczeni i lekarze cieszyli się w ZSSR dużą estymą, a Mosing w dodatku zajmował się sprawą niezwykle ważną – zwalczaniem tyfusu. Mógł żyć i pracować spokojnie, oddając ideologiczne serwituty, jak to czynili wszyscy. Nie musiałby w dodatku wysuwać się na czoło ideologicznych gorliwców, jak to musieli czynić ci, co niewiele znaczyli w swoich dziedzinach. Wystarczyłoby tylko, aby się czynnie nie przeciwstawiał. On zdecydował inaczej.
(rb)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *