Powołanie i tajne wyświęcenie

„Czy Pan wie na co Pan idzie?” – zapytał Mosinga rzeczowo kardynał Wyszyński w dniu, w którym miał mu udzielić święceń. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą powiedział tylko: „To będziemy święcić”. Tak wyglądała cała rozmowa z kandydatem do kapłaństwa, który nie miał ukończonych studiów teologicznych, nie uczęszczał nawet dnia do żadnego seminarium i niedługo po otrzymaniu święceń miał wyjechać i pełnić posługę samotnie, we wrogim otoczeniu, musząc się ukrywać, a jednocześnie dobrze wybierać, którym ludziom zaufać. Przy tym nie wiadomo było, kiedy kardynał i wyświęcony przez niego kapłan zobaczą się ponownie. Obaj mieli świadomość, że może nie stać się to nigdy.

Rozmowa biskupa z kandydatem na księdza jest praktyką zwyczajną. Trochę w tym rytuału, jednak wiele autentycznej troski o człowieka – zwykle młodego – który wkracza na drogę trudną i wymagającą. W tym przypadku chodziło o człowieka 51-letniego, a więc już całkiem niemłodego. Jednak rytuału było w tej rozmowie mało. Była troska. Męska, nieczułostkowa, trochę szorstka.

Dlaczego właściwie Henryk Mosing chciał zostać kapłanem w ateistycznym mocarstwie atomowym, które wydawało się wówczas wiecznotrwałe niczym pierwszym chrześcijanom musiał wydawać się Rzym? Była tu już mowa o religijnym wychowaniu w domu i o solidnej formacji duchowej w młodości, o styczności z ks. Andraszem i środowiskiem „Odrodzenia”.

Istnieje anegdota, która może dobrze wyjaśniać przyczyny, dla jakich Henryk Mosing tak usilnie do tego dążył. Gdy był już na emeryturze, pod koniec lat 70-tych, a może na początku 80-tych, w czasie jednego ze spotkań ze swoim przyjacielem, historykiem sztuki Mieczysławem Gębarowiczem, obaj panowie rozmawiali – jak to często bywało – o sytuacji w Związku Radzieckim. Gębarowicz wygłosił opinię, że ustrój sowiecki gnije, zaś Mosing skwitował tę obserwację zdaniem: „A skąd Pan wie, że zgnilizna w danym przypadku nie jest stanem normalnym?”

Człowiek taki, jak Mosing nie mógł być obojętny na panowanie „zgnilizny” jako stanu normalnego, na odebranie człowiekowi poczucia godności. Jego duchowość, duchowość, na którą wpływ miało „Odrodzenie”, zakładała nieobojętność wobec losu innych, niezamykanie się w prywatności wiary, a aktywne jej upowszechnianie i pomoc innym.

Piętnaście lat wcześniej zanim przez ziemie polskie przetoczył się walec militarno- ideologiczny i zanim przyszło do dokonywania wyboru, czy pozostać we Lwowie i pracować wśród tamtejszych ludzi, czy też ewakuować się z większością, Henryk Mosing pisał z młodzieńczym entuzjazmem: „mamy możność przetworzenia mentalności i życia współczesnego i je przetworzymy”. Wielu ludzi kończy swoją manifestowaną za młodu pewność, że dokonają w świecie zmian na pierwszych trudnościach. Mosing nie tylko nie zatrzymał się w obliczu przeciwnika, który swoim ogromem przytłoczył szóstą część świata, ale wręcz postanowił wznieść konfrontację z nim na wyższy poziom: postanowił walczyć o ludzkie dusze.

Arcybiskup lwowski, Eugeniusz Baziak, był przekonany, że księża powinni wyjechać razem ze swoimi parafianami. Pomysł Mosinga wydał mu się chyba dziwaczny, jak wskazuje na to relacja samego uczonego:

Mówił, że należy szukać woli Bożej, oraz nie ma seminarium, więc cóż w tych warunkach myśleć o kapłaństwie. Raczej nie pochwalał zamiaru pozostania tutaj, wszak mało szans przetrwania, a dla kraju pracować należy, Ojczyzna wzywa.

Mosing został we Lwowie sam ze swoimi myślami i zamiarami. Wszyscy hierarchowie, którzy mogli udzielić mu święceń wyjechali, lub zostali wywiezieni. To, że nie istniało żadne seminarium, w którym można by pobierać nauki, było drugorzędne wobec faktu, że mógł być pewien, że żadna pozycja naukowa nie uratowałaby go przed represjami, gdyby choćby zdradził się publicznie z myślą o kapłaństwie. Trzeba było czekać i na czekaniu upłynęła mu cała dekada od końca wojny.

W roku 1956 do Lwowa przybył zwolniony z łagru, nieomal umierający biskup unicki Mikołaj Czarnecki. Co ważne – był on biskupem dwuobrzędowym, także katolickim. Kontakt z nim okazał się dla Mosinga szansą na realizację zamiarów związanych z wyświęceniem. Mosing opiekował się schorowanym biskupem, który przez ponad 10 lat spędzonych w kilkunastu łagrach poważnie nadszarpnął zdrowie. Jednocześnie uzyskał od niego obietnicę święceń. Na polecenie biskupa pracę nad formacją kapłańską naukowca podjął proboszcz lwowskiej katedry, ks. Rafał Kiernicki, w tym czasie odsunięty przez władze od posługi duszpasterskiej i pracujący jako stróż w Parku Stryjskim.

Wielka chwila przyszła 6 stycznia 1959 roku. W prywatnym mieszkaniu biskup Czarnecki udzielił Mosingowi święceń niższych, tak zwanej tonsury. W kilka lat później Sobór Watykański II zniósł ten stopień święceń i uprościł procedury, więc teraz święcenie tonsury wydaje nam się odległe, ale wówczas oznaczało wstąpienie na drogę do kapłaństwa. Początek życia konsekrowanego.

Biskup Czarnecki zmarł niedługo potem, w kwietniu 1959 roku i nie zdążył udzielić następnych święceń, jakie zaplanował. Oznaczało to kolejny rok oczekiwania. Doktor Mosing nie spędził jednak tego czasu bezczynnie. Był w Wilnie, gdzie zwrócił się do rezydującego biskupa:

Rozmawialiśmy szczerze, jednak miał duże trudności, niestety, nawet najbliższemu swojemu otoczeniu nie może zaufać, nie widzi możliwości nieoficjalnej nauki i święceń.

Podobny efekt dał kontakt z biskupem Rygi, który „chciał zobaczyć „wariata” fantastę, który w dzisiejszych czasach ma takie zamiary”. W tym przypadku biskup zgodził się na wyświęcenie, jednak uwarunkował to zgodzą ze strony władz sowieckich, na co z kolei nie chciał wyrazić zgody Mosing.

Wreszcie, w lecie 1961 roku Henryk Mosing po raz drugi po wojnie mógł odwiedzić Polskę. Tu wreszcie doszło do upragnionych święceń kapłańskich: w Laskach pod Warszawą, w swoim prywatnym pokoju, udzielił mu ich potajemnie kardynał Stefan Wyszyński. Świadkami byli dwaj bracia, księża Aleksander i Tadeusz Fedorowiczowie.

Henryk Mosing przybrał sobie na nową drogę życia imię Pawła, od św. Pawła, bo swoje podróże po Związku Sowieckim postrzegał jako podróże misjonarskie i taki patron był najodpowiedniejszy. Od tej pory łączył pracę naukową z tajną posługą kapłańską.
(rb)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *