Lwów pod dwiema okupacjami

Lwowianom wydawało się, że wojna będzie przypominała tę sprzed dwudziestu lat. Będzie trudna i okrutna, ale w jakiś sposób cywilizowana. Tym bardziej, że z początku wyglądało na to, że miasto zajmą Niemcy, sprzymierzeni przecież z Austriakami, tak dobrze znajomi z całkiem niedawnych czasów. Niemieckie wojska oblegały Lwów przez 10 dni, ale nigdy nie udało im się miasta całkowicie otoczyć.

Nadzieja zgasła, jak w całym kraju – 17 września, gdy na polskie ziemie wkroczyła armia sowiecka. Dzień później na atak serca wywołany stresem i rozpaczą zmarł dyrektor lwowskiego Ossolineum, Ludwik Bernacki. Było to memento dla całego miasta. Dowódca obrony Lwowa, generał Władysław Langner, który musiał poddać miasto Sowietom, tak napisał w odezwie do mieszkańców:

Oznajmiając Wam tę wieść żałobną, dziękuję Wam w imieniu wojska polskiego za to coście zdziałali i coście znieśli i wyrażam wiarę, że Lwów zawsze wierny, bohaterski, polski Lwów przetrwa tę straszną próbę niezłomnie, że pozostanie polskim na wieki.

Te piękne słowa, które miały dodać otuchy zszokowanym mieszkańcom, nie miały się ziścić. Spełniły się natomiast przepowiednie poetki Beaty Obertyńskiej, która w wierszu „Ostatnia jesień” pisała:

Noc narasta od wschodu, wielka i kosmata.
Noc zadławi niebawem precz, u krańców świata
łun ostatek, co w drzew się nagiej czerni żarzy. (…)
Usnął park jak znużony po wyroku więzień,
co  śmierci się na jawie rozważać nie waży,
za to snem się zawczasu z jej bezwładem brata…

Kiery żar łun ostatnich między pnie się wgniata,
noc narasta od wschodu…

Sowieci, którzy zajęli Lwów 22 września, przystąpili bardzo prędko do zmieniania miasta i mieszkańców. Pojawiły się w wielkiej liczbie nowe pomniki, transparenty, portrety wodzów sowieckich. Do mieszkań zaczęto dokwaterowywać krasnoarmiejców, zaczęły się problemy z zaopatrzeniem w żywność. Polacy śmiali się z prymitywnych zachowań nowych władców, ale był to śmiech przez łzy. Karolina Lanckorońska opisuje scenę, jaka wydarzyła się w jej obecności w sklepie, gdy sowiecki oficer kupował grzechotkę:

Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie: „Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie.”

Śmiech prędko zamarł na ustach. Sowieckie władze przeprowadziły kilka prostych działań: doprowadziły do faktycznego zaanektowania wschodnich terenów Polski przy pomocy sfałszowanych referendów, dokonały wymiany pieniędzy, która pozbawiła ludność oszczędności i dokonały sowietyzacji wszystkich instytucji. Potem przyszły wywózki.

Pierwsza fala wywózek na wschód miała miejsce w lutym 1940 roku. Następna w kwietniu, w Wielkanoc, a ostatnia w połowie lipca. Zwłaszcza ta pierwsza była dla miasta bolesnym ciosem, bo wszyscy ujrzeli, jak traktowani się wywożeni ludzie. Mrozy sięgały  wówczas 40 stopni poniżej zera, a zamknięte bydlęce wagony załadowane ludźmi stały na bocznicach przez wiele dni. Ludzie starzy i małe dzieci masowo zamarzali. Wokół stali krasnoarmiejcy, którzy nie dopuszczali do nich pomocy. Ze Lwowa i okolicy wywieziono wówczas ok. 23 tysięcy ludzi, a z całej Zachodniej Ukrainy –  ok. 94 tysiące.

Deportacja kwietniowa miała mniejszą skalę: ok. 12 tysięcy ze Lwowa i ok. 30 tysięcy z całego regionu. Wreszcie wywózka lipcowa objęła ok. 21 tysięcy ludzi, głównie tych, którzy przyjechali do Lwowa uciekając przed frontem. Paradoksalnie, ponieważ byli to  głównie Żydzi, oni zostali przez tę deportację uratowani…

Cały czas trwały w mieście aresztowania osób związanych z podziemiem, a jednocześnie władze nie szczędziły środków na działalność propagandową, do której angażowano czołowe osobistości przedwojennego życia kulturalnego, jak Tadeusz Boy-Żeleński.

Lwów został złamany. Miasto, które zawsze było kolorowe i zadziorne, zmieniło się w szare i przygaszone. Nawet lwowski batiar, który wobec polskich policjantów był wyrywny i zaczepny, zmienił nie do poznania swój stosunek do przedstawicieli „władzy”. W popularnej piosence z refrenem „bom ja hultaj – jakich mało!” przed wojną spotykał „policaja” i natychmiast walił go w nos, a nie spotykała go za to żadna kara, bo przecież on był „hultaj jakich mało!”. Ale z sowiecką władzą batiar nie miał już takiej śmiałości. Tym razem piosenka brzmiała tak:

Bernardyński mijam plac
Idzie jakiś komandir
A ja kułak rozwijam
Oj, poczuji zbir!
Odwinąłem si pomału
Aż si patrzę:
Co si stało?
To Jan z Dukli
Na mni mruga:
Mygaj batiar póki czas,
Jak komandir ci obruga –
Na Łąckiego będzisz lazł

Na ulicy Łąckiego znajdowało się więzienie, w którym nie można było liczyć na żadną pobłażliwość, ani nawet na zwykłą uczciwość. Kto tam wchodził wychodził jako konfident, lądował w łagrze, albo z kulą w głowie. Bardzo rzadko udawało się wyjść stamtąd na wolność bez konsekwencji. I nawet beztroski lwowski „hultaj jakich mało” świetnie o tym wiedział, tylko wstydził się swojego strachu, więc wolał powołać się na świętego Jana z Dukli, patrona Lwowa.

Na Łąckiego dokonana została też ostatnia wielka zbrodnia za tak zwanych „pierwszych Sowietów”, bo tak nazywano we Lwowie okres między końcem września 1939, a początkiem lipca 1941, kiedy do miasta wkroczyli Niemcy. NKWD wymordowało wówczas w kilku lwowskich więzieniach kilka tysięcy więźniów politycznych. Ich dokładna liczba nie jest znana: szacunki wahają się od 2,5 do 5 tysięcy. Warto podkreślić, że wielu z zamordowanych to  byli ukraińscy działacze niepodległościowi.

To może zabrzmi dla nas dzisiaj dziwnie, ale Polacy witali wkraczających do Lwowa Niemców z ulgą i nadzieją. W ciągu kilku dni nowi okupanci pokazali, że oba te uczucia były złudne i fałszywe. Nieomal jednocześnie nastąpiły dwa wstrząsające wydarzenia, które pokazały, jakie są rzeczywiste zamiary niemieckie wobec podbitych terytoriów: rozstrzelanie 45 polskich naukowców i ich rodzin na Wzgórzach Wuleckich i masowe pogromy Żydów, do jakich Niemcy podburzyli ludność Ukraińską. Kierowany przez niemieckich żołnierzy i zachęcany przez nich motłoch zamordował na ulicach miasta około 3 tysiące ludzi.

Rozpoczął się także rabunek mienia i dzieł sztuki, czego symbolem było przejęcie rysunków Albrechta Durera znajdujących się w Ossolineum. Hitler nie mógł znieść, że prace wielkiego niemieckiego artysty znajdują się w zbiorach polskich. Całej akcji nadany został priorytet i już w tydzień po wkroczeniu armii niemieckiej do Lwowa rysunki znalazły się na biurku wodza. Wszyscy ci, którzy sądzili, że będzie lepiej, bo po „Azjatach” przyszli „Europejczycy”, srodze się zawiedli.

Sprawy narodowościowe znalazły się w czasie okupacji niemieckiej na pierwszym miejscu. Żydzi, po kilku pogromach przeprowadzonych na początku, zostali zarejestrowani i zgromadzeni w getcie. W roku 1942 nieomal wszystkich wywieziono do Bełżca. W roku 1941 spisy ludności odnotowywały, że w mieście żyło 111 tysięcy Żydów. Na początku roku 1943 liczba ta spadła do 21 tysięcy, a w roku 1944 spisano tylko 1300 Żydów.

Drugim problemem był nacjonalizm ukraiński. Ukraińcy próbowali stworzyć w mieście kolaborujące z Niemcami, ale całkowicie autonomiczne władze. Wstępowali do niemieckich oddziałów wojskowych, w tym do jednostek SS. Dla Polaków było oczywiste, że po Żydach przyjdzie kolej na nich, a wykonawcami eksterminacji będą Niemcy, lub Ukraińcy. Wieści, jakie dochodziły z Wołynia i z południowej Galicji, gdzie we wsiach nacjonaliści z UPA wymordowali ponad 100 tysięcy Polaków, nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości.

Lwów głodował, wycinał drzewa w miejskich parkach na opał, obawiał się łapanek na roboty do Rzeszy, konspirował i wydawał podziemne gazetki, aby nie stracić nadziei. Było jednak jasne, że polska ludność znalazła się w sytuacji bez wyjścia: pomiędzy niemiecką bezwzględnością, krwawością ukraińskiego nacjonalizmu i sowieckim prymitywizmem. Trzeba było wielkiego hartu ducha, aby przetrwać w takich warunkach.

Wojska sowieckie zdobyły Lwów pod koniec lipca 1944 roku. W walkach o miasto walny udział wzięły oddziały AK w ramach akcji „Burza”. Ich zasługą było m.in. uratowanie od zniszczenia miejskiej elektrowni na Persenkówce. Wchodzące do miasta oddziały sowieckie zostały powitane morzem polskich flag wiszących ze wszystkich okien. Ich dowódcy uznali to za „prowokację”. Oddziały AK zostały rozbrojone, ich żołnierze częściowo wcieleni do Armii Berlinga. Rozpoczął się okres, który lwowscy Polacy określali mianem „drugich Sowietów”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *