Instytut Tyfusowy Rudolfa Weigla – legenda Lwowa

To była jedna z tych instytucji, bez których Lwów nie byłby sobą. Zaś twórca Instytutu był jedną z tych postaci lwowskiego środowiska naukowego, które świadczyły o jego oryginalności i wielkości. Dwukrotnie otarł się o Nagrodę Nobla i dwukrotnie nie otrzymał jej z powodów politycznych. Za pierwszym razem sam odmówił, gdyż jej przyjęcie wiązałoby się ze zdradą ideałów życiowych, a za drugim razem padł ofiarą politycznych rozgrywek na najwyższym szczeblu.

Rudolf Weigl był Polakiem z wyboru i temu wyborowi pozostał do końca życia wierny, choć nie odnosił z powodu swojej wierności żadnych specjalnych korzyści. Ta polskość z wyboru była polskością trudną. Właściwie był Austriakiem, a urodził się na Morawach. W roku odzyskania przez Polskę niepodległości był już człowiekiem dojrzałym i w pełni ukształtowanym naukowcem, miał bowiem 35 lat, a rok przed wybuchem I wojny zrobił na Uniwersytecie Lwowskim habilitację pod kierunkiem znakomitego uczonego, Józefa Nusbauma-Hilarowicza, którego był asystentem.

W roku 1914 został powołany do wojska i tam zetknął się w sposób praktyczny z problemem naukowym, który zdominował jego życie i doprowadził go do największych odkryć: z walką z tyfusem, czyli durem plamistym.

Każdy, kto czytał cokolwiek związanego z I wojną światową, choćby i „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, musi pamiętać to słowo: tyfus. W czasach starożytnych i w średniowieczu grozę w ludziach budziły dżuma i czarna ospa, w czasach nowożytnych ich miejsce zajął tyfus. To właśnie tyfus, nie tylko mróz, pokonał Napoleona pod Moskwą, to tyfus zabrał życie stu tysiącom żołnierzy w czasie Wojny Krymskiej. W czasie I wojny zmarło na tę chorobę około 3 miliony ludzi. W 1918 roku zapanowała słynna epidemia grypy zwanej Hiszpanką, ale i w tym przypadku było  podobnie, jak z napoleońskim generałem mrozem: razem z grypą panowała epidemia tyfusu i trudno dziś ocenić, jaką część z dziesięciu milionów ofiar zabrała która z tych chorób… Nic zatem dziwnego, że wojska obu walczących stron traktowały badania nad szczepionką przeciwtyfusową śmiertelnie poważnie.

Weigl został na samym początku wojny przydzielony do pracowni epidemiologicznej w Przemyślu, którą kierował znakomity krakowski bakteriolog, Filip Eisenberg. Starszy od Weigla jedynie o kilka lat, budził jednak respekt, w austriackim mundurze, przy szabli i z ogromną brodą. Tam właśnie, w Przemyślu, doszło do przełomowego  odkrycia, które doprowadziło później do odkrycia sposobu wytwarzania szczepionki przeciw tyfusowi. A powodem tego odkrycia była kontrowersja między oboma uczonymi. Po latach opisał ją Henryk Mosing, który znał z pewnością tę historię od samego Weigla.

Filip Eisenberg (siedzi, w mundurze) i Rudolf Weigl (siedzi, po cywilnemu) w otoczeniu personelu wojskowego. Zdjęcie zrobione prawdopodobnie w Przemyślu w roku 1915. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Otóż problem z badaniami nad tyfusem polegał na tym, że jego zarazki, tak zwane riketsje, znajdowały się wyłącznie w ciałach wszy i w ciałach zarażonych ludzi. Wszelkie próby ich sztucznego hodowania, a to jest zawsze pierwszym krokiem do otrzymania szczepionki, spełzały na niczym. Eisenberga denerwowało to, że Weigl uparcie zajmuje się tyfusem, czyli problemem jego zdaniem nierozwiązywalnym, zamiast zająć się hodowlą zarazków cholery, choroby także niezwykle niebezpiecznej, a w jego przekonaniu znajdującej się bardziej w zasięgu działania naukowców. Zgodnie z relacją Mosinga rozmowa obu naukowców wyglądała tak:

– Proszę pana, no ma pan tu ten zarazek, dobrze mi pan pokazuje. Ale co? Wszy się między sobą nie zakażają? Nie! Zarazek przechodzi na drugie pokolenie? Nie! To znaczy co? Pan będzie miał tylko zarazki, póki ma chorego? A jak chorego nie będzie, to i pracy nie będzie, bo i nie ma zarazków! Jak to będzie?

Odpowiedź Weigla pokazała  jego zadziorny charakter i specyficzne poczucie humoru, które nie do końca przypadło do gustu jego krakowskiemu koledze i przełożonemu:

– Jeśli nie zechce ssać normalnie, to trzeba mu do du… – do  zadniego otworu wstrzyknąć.

Widząc, że popełnił faux pas Weigl postanowił pójść za ciosem i uratować sytuację obietnicą eksperymentalnego wstrzyknięcia riketsji do odbytu wszy. Udało mu  się wyciągnąć ze szkła pod palnikiem Bunsena cieniutką rurkę, o średnicy kilku dziesiątych milimetra i wkrótce zaprezentował Eisenbergowi, w jaki sposób można przez tę rurkę wstrzyknąć do odbytu wszy ciecz. Niezbyt elegancki dowcip poszedł w niepamięć. Krakowski profesor był pod wrażeniem manualnych zdolności Weigla: – Rzeczywiście – złote ręce… – powiedział, i dał się udobruchać.

Filip Eisenberg i Rudolf Weigl w laboratorium wraz ze współpracownikami. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Od tej chwili ruszyły praktyczne prace nad opracowaniem najlepszego sposobu uzyskiwania szczepionki. Bo od idei wprowadzania zarazków do organizmów zdrowych wszy ad do uzyskania gotowej szczepionki w ilościach, które mogły zaspokoić potrzeby, była jeszcze daleka droga. Dość powiedzieć, że jedna pełna porcja szczepionki dla dorosłego człowieka wymagała wyhodowania, zarażenia, wykarmienia i wypreparowania 100 owadów. A do zwalczenia tyfusu  potrzeba było milionów porcji szczepionki.

W ciągu najbliższych kilkunastu  lat Weigl wraz z zespołem, w skład którego weszło wielu znakomitych uczonych, wśród nich Henryk Mosing, opracował i udoskonalił metodę produkcji, dzięki której stało się to możliwe, choć trudno tę metodę nazwać w pełni przemysłową. Była to raczej manufaktura, ale inaczej być nie mogło, bo pewnych czynności nie dało się zautomatyzować. Wszak kluczowym czynnikiem były żywe organizmy – wszy.

Preparowanie wszy w celu uzyskania szczepionki. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Zespół Weigla hodował wszy karmiąc je ludzką krwią. Owady wkładane były do małych pudełeczek, których jeden z boków miał otwór zasłonięty młynarską gazę. Pozwalało to wszom ssać krew, ale uniemożliwiało im ucieczkę. Pudełka te umieszczano na ludzkim ciele. Po jakimś czasie zarażano wszy zarazkami tyfusu i czyniono to dokładnie tak, jak to uczynił Weigl – doodbytniczo, unieruchamiając je wcześniej w specjalnym imadełku, które mogło pomieścić 20 sztuk. Zarazki tymczasem mnożyły się i gdy osiągnęły odpowiednie stężenie, wówczas wszy zabijano, a z przewodu pokarmowego owadów wydobywano zarazki, które osłabiano fenolem uzyskując szczepionkę.

Karmienie wszy. Kobiety zwykle trzymały pudełeczka z owadami na udach, aby można było ukryć ślady pod spódnicą. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Z opisu rzecz wygląda prosto, jednak cały proces wymagał żelaznej dyscypliny i higieny. Zespół Weigla był w stanie to osiągnąć i dzięki temu sława lwowskiego laboratorium rozniosła się na całą Europę. Do Lwowa przyjeżdżali uczeni światowej sławy, a metodę wytwarzania szczepionki udostępniono nawet Chińczykom. Lwów był dumny ze swojego laboratorium, a Polska potrafiła nagrodzić jego twórcę: pod koniec lat 30-tych Weigl dostał nagrodę państwową w wysokości 10.000 złotych, co było w tym czasie sumą ogromną. I jak przystało na naukowca, większość jej wydał na nowy sprzęt do laboratorium…

W latach 30-tych w Instytucie Weigla gościła czołówka uczonych światowych. Na zdjęciu siedzą od lewej: Charles Nicolle, Helena Sparrow, Rudolf Weigl. Pierwszy z prawej stoi Henryk Mosing. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Jednak chwile największej chwały miały dopiero przyjść. I przyszły wraz z II wojną światową. Oba reżimy, które przejmowały władanie nad Lwowem w czasie tej wojny, sowiecki i niemiecki, śmiertelnie bały się tyfusu. Oba wiedziały, że tylko ekipa Weigla potrafi najlepiej wytwarzać szczepionkę. Nie można było produkować szczepionki bez Weigla i jego ludzi. I zarówno stojący na czele Instytutu profesor, jak i jego współpracownicy potrafili tę przewagę wykorzystać, broniąc się przed wrogiem, który mógł ich unicestwić w jednej chwili.

Po rozpoczęciu okupacji „pierwszych Sowietów”, próbowali oni Weigla kupić. Zapraszali z wykładami do ośrodków naukowych w całym kraju, a on ani nie mógł, ani nie chciał odmawiać, bo od jego postawy zależał los jego ludzi. Więc jeździł i współpracował z sowieckimi uczonymi, którzy zresztą wykazywali się wiedzą i zaangażowaniem w walce z tyfusem. Jednego tylko nie robił: nie afirmował publicznie nowych porządków i nowego systemu.

Na początku roku 1940 do Instytutu przyjechał Nikita Chruszczow, postać w owym czasie wszechwładna na terenie sowieckiej Ukrainy – I sekretarz jej komunistycznej partii. Chruszczow chciał namówić Weigla do – jak to  okrągło określano –  włączenia się w nurt przemian społecznych. W zamian oferowano mu profesurę w Kijowie, lub w Moskwie. Kierowanie ważnymi ośrodkami naukowymi w tych miastach. Jednak ten nie chciał. Wolał pozostać w swoim prowincjonalnym Lwowie. Chruszczow dał za wygraną: obiecał rozbudowę Instytutu w tym mieście. Kazał udostępnić Instytutowi nowy, duży budynek, przy ul. Zielonej 12 i wyasygnować fundusze. Na czele Instytutu postawiono co prawda prawomyślnego sowieckiego lekarza, ale był on jednocześnie kompetentny i zdawał sobie sprawę z wartości zespołu naukowego. Weigl został jego zastępcą do spraw naukowych, a Mosing zastępcą Weigla do spraw produkcji szczepionki.

I sekretarz Komunistycznej Partii Ukrainy Nikita Chruszczow we Lwowie w roku 1940. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Okupacja niemiecka przyniosła podobną sytuację, choć natężenie emocji i zagrożenie było tu z pewnością o wiele większe. Po pierwsze Weigl był traktowany przez Niemców jako Austriak i nie mieściło im się w głowach, że może on odmówić podpisania reichslisty. To, co dla rdzennego Polaka było poważnym dylematem moralnym, dla niego powinno było być niczym – prostym stwierdzeniem faktu – tak zapewne myśleli. Po drugie, już na samym początku swojej okupacji Niemcy pokazali, mordując grupę profesorów, że nie mają względu na status społeczny swoich ofiar. Bycie naukowcem, człowiekiem wybitnym, było dla nich niczym. Trzeba było być lojalnym i przydatnym. Po trzecie, Niemcy mogli ofiarować Weiglowi coś, o czym marzy każdy naukowiec – nagrodę Nobla. Proponując poparcie w uzyskaniu tej nagrody nie obiecywali Niderlandów. Mieli wówczas realny wpływ na teoretycznie neutralną Szwecję. I prócz wpływu politycznego  mieli tam wielu autentycznych sympatyków.

Profesora Weigla wezwał na rozmowę niejaki Fritz Katzman, jeden z największych zbrodniarzy wojennych czynnych na tych terenach: człowiek odpowiedzialny za zagładę Żydów w dystrykcie lwowskim. Proponował nie tylko Nobla, ale i niemiecką profesurę i kierowanie specjalnie dlań stworzoną placówką naukową w Berlinie. Cena była jedna: przyjęcie obywatelstwa niemieckiego i poparcie Hitlera.

Kiedy władający znakomitą niemczyzną profesor nie chciał zgodzić się na złożoną mu propozycję, Katzmann zaczął grozić. Wówczas Weigl odpowiedział z rodzajem niezłomnej rezygnacji:

Panie generale, ja nie mam nadziei doczekać lepszego losu. Sam bym właściwie skończył samobójstwem, ale to by  było tragedią dla rodziny i otoczenia. Jeśli pan pomoże temu, że stracę życie, to wtedy rodzina czcić mnie będzie jak bohatera, a wynik będzie ten sam… 

Fritz Katzmann i Heinrich Himmler w obozie dla Żydów przy ul. Janowskiej we Lwowie. (Wikipedia)

Skończyło się podobnie, jak w czasie okupacji sowieckiej. Instytut przetrwał w niezmienionym składzie osobowym, a Weigl zastrzegł sobie wyłączny wpływ na zatrudnienie. Udało się nawet uzyskać pozwolenie na zatrudnienie w nim żydowskiego małżeństwa, mikrobiologów, prof. Meisela z żoną. Oboje byli codziennie doprowadzani do pracy pod wojskową eskortą z getta lwowskiego. Ich córka ukrywana była w piwnicach Instytutu. Oboje przeżyli wojnę. Za ten czyn Rudolf Weigl został odznaczony pośmiertnie medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

Instytutu Weigla ocalił w czasie okupacji niemieckiej znacznie więcej osób. Uczynił to w dwojaki sposób. Po pierwsze zatrudniając. Po drugie produkując nadwyżki szczepionki w sposób tajny i przekazując je potrzebującym.

Gdy mowa o zatrudnieniu należy pamiętać przede wszystkim, że Niemcy kazali zwiększyć produkcję szczepionki, a zwiększenie produkcji wymagało dodatkowych karmicieli wszy. Ci karmiciele z kolei musieli się dobrze odżywiać, dostawali więc dodatkowe kartki żywnościowe. I w ten sposób wiele setek osób przetrwało okupację karmiąc wszy „u Weigla”. Na liście sporządzonej przez współpracowników po wojnie jest ponad 600 nazwisk, ale istnieje wiele źródeł mówiących, że liczba zatrudnionych dochodziła do trzech tysięcy.

Kim byli? Elitą. Dobrze o  tym mówiła piosenka popularna w czasie wojny w Instytucie:

A że krzywdząca jest nazwa „wszarze”,
Zaraz Wam tutaj wykażę.
Arystokracja z nas co się zowie,
Karmią tu sami profesorowie.

Pudełeczka z wszami przytraczali sobie do rąk i nóg tacy ludzie, jak matematyk Stefan Banach, socjolog Józef Chałasiński, językoznawca Maria Dłuska, poeta Zbigniew Herbert, dyrygent Stanisław Skrowaczewski… Można było z uczęszczających do Instytutu karmicieli wszy zestawić znakomitą uczelnię wraz instytutami artystycznymi!

Można też było zebrać niezły oddział wojskowy: drugą ważną kategorią zatrudnionych byli członkowie AK, którzy pracując jako karmiciele mieli znakomitą przykrywkę, a także tak zwane „mocne papiery”. Bo zwykli  Niemcy bali się karmicieli wszy. Żołnierze z ulicznych patroli widząc w Kennkarcie pieczątkę z Instytutu Weigla, szybko oddawali dokument i puszczali wolno. Tyfus był skutecznym straszakiem.

Ślady po karmieniu wszy. Niemcy panicznie bali się zetknięcia z osobami, które były tak naznaczone. (Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej)

Pewna ilość szczepionki, nigdy nie dowiemy się jaka, była produkowana „na lewo” i przekazywana potrzebującym. Otrzymywała ją Armia Krajowa, otrzymywali księża, otrzymywali ludzie zagrożeni epidemią, jak mieszkańcy Biłki Szlacheckiej. Otrzymywali ją wreszcie Żydzi z gett: z getta lwowskiego i obozu dla Żydów przy ul. Janowskiej, a także z getta warszawskiego. Do  tego ostatniego pojechał osobiście Henryk Mosing. Pretekst był prosty – udało się wmówić Niemcom, że w getcie warszawskim mogą rozwijać się nowe, szczególnie niebezpieczne szczepy zarazków tyfusu i należy je zbadać. Wyposażony w taką „legendę” Mosing pojechał do Warszawy z transportem wysuszonej szczepionki, która po tym zabiegu przypominała herbatę. Spotkał się tam z wybitnym mikrobiologiem, prof. Ludwikiem Hirszfeldem, który próbował opanować stan sanitarny getta, i przekazał mu szczepionkę. Była to kropla w morzu potrzeb, ale ważny gest solidarności.

Tym właśnie dla wojennego Lwowa był Instytut. Nie mógł uratować wszystkich, ale był znakiem nadziei. Henryk Mosing był współtwórcą tego znaku.

(rb)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *