Henryk Mosing jako naukowiec

Większość swej naukowej kariery przeżył w Związku Sowieckim, kraju specyficznym pod tym względem. Uczeni w imperium Stalina i jego następców byli wysoko cenieni, choć ich różne kategorie doznawały różnego traktowania. Przedstawiciele nauk ścisłych, ale także lekarze, biolodzy, wszyscy których praca w realnym zakresie mogła się przyczynić do rozwiązania prawdziwych problemów, czy byłaby to budowa bomby atomowej, rakiety międzykontynentalnej, czy zwalczenie groźnej epidemii, byli cenieni wysoko i traktowani tak, aby można było w pełni wykorzystać ich umiejętności. Humaniści musieli być po prostu posłuszni.

Nie  bez przyczyny Stalin był przez aparat propagandy nazywany „wielkim językoznawcą”, a nie np. „wielkim fizykiem”. Tytuły, jakimi go określano odnosiły się do – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „umiejętności miękkich”.  Był „koryfeuszem kultury”, „wielkim wychowawcą” i „czułym sercem świata”. Był wszystkim wszędzie tam, gdzie można było łatwo sterować materią bez szkody dla czegokolwiek za wyjątkiem ludzkiej duszy i świadomości, czego oczywiście pożądał. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jego władza nie sięgała tak daleko, aby narzucać teorie fizykom, czy matematykom. Co do biologów, nie było już tak łatwo, choć casus Łysenki pokazuje dowodnie granice narzucania woli naturze. Humaniści znajdowali się natomiast pod pełną władzą ideologii. Oni konstruowali świat wyobrażony, a nad tym światem władza miała – i musiała mieć – kontrolę całkowitą.

Mosing jako naukowiec żył gdzieś pomiędzy rzeczywistością twardą i  całkowicie sprawdzalną, a realnością płynną i podlegającą fluktuacjom narzucanym przez politykę. Sprzyjał mu fakt, że walka z chorobami epidemicznymi była jednym z naczelnych zadań sowieckiego państwa, które – oprócz wzmocnienia swej siły (cóż wart jest rekrut chory na tyfus?) – dążyło do pokazania swej wyższości nad światem „kapitalistycznym”.  Jak bowiem lepiej ukazać swój humanizm i troskę o człowieka niż zwalczając choroby trapiące ludzkość od stuleci? Nie można więc było tej walki wystawiać na szwank przez lansowanie bezsensownych teorii. Z drugiej jednak strony – co okazało się dość prędko – nawet takie teorie mogły być przyjęte, jeżeli obiecywały natychmiastowe i efektowne rozwiązania.

W sporach naukowych, które – co typowe dla kraju budującego komunizm – w każdej chwili mogły się zamienić w spory polityczne i skończyć wtrąceniem zwolenników „niesłusznej” teorii naukowej do więzienia, Mosing wykazał się stałością charakteru, odwagą i spokojem. Nie jest pewne, czy zdawał sobie sprawę z tego, że największy oponent naukowy Trofima Łysenki zmarł w łagrze, ale musiał wiedzieć, że najlepszym sposobem przeżycia w Związku Sowieckim jest potakiwanie silnym. On nie tylko nie potakiwał, ale przeciwstawił się im. I wygrał.

Trwało to jednak ponad 20 lat, w czasie których człowiek ze „złym pochodzeniem”, czyli Polak o korzeniach austriackich, wierzący w Boga, czego nie ukrywał, pracujący w czasie okupacji hitlerowskiej „dla Niemców”, powołujący się na badania „reakcyjnej nauki zachodniej”, czyli właściwie nadający się wyłącznie do wysłania „na białe niedźwiedzie”, spokojnie prowadził swoje badania i podejmował trud argumentacji w nierównej dyskusji. To wzbudzało szacunek nawet u jego wrogów. Według anegdotycznego przekazu największy oponent Mosinga, sowiecki akademik, bolszewik od 1905 roku, profesor Lew Gromaszewski, miał powiedzieć, że co prawda jego poglądy naukowe doprowadzają go do szału, ale jako człowieka, to on Mosinga po prostu kocha…

Zapewne nie byłoby tak, że głos Henryka Mosinga ważyłby jakkolwiek w sporach z sowieckimi akademikami, gdyby nie solidne wykształcenie w jednej z najznakomitszych uczelni międzywojennej Polski i 15-letnia praca naukowa u boku Rudolfa Weigla. To dało solidne podstawy pod własną karierę naukową, którą Mosing realizował po wojnie w niesprzyjających, wrogich warunkach.

Doktorat na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza zrobił w wieku 27 lat, a do wojny opublikował 10 prac na temat tyfusu plamistego, w tym cztery w czasopismach zagranicznych. Od początku wstąpienia  na Uniwersytet pracował w kierowanym przez Rudolfa Weigla Zakładzie Biologii Ogólnej UJK, najpierw jako wolontariusz, a potem jako asystent. Ale walka z tyfusem, wbrew temu, co mogą sądzić laicy, nie toczyła się wyłącznie w laboratoriach. Trzeba było być blisko ognisk epidemii: w zawszonych wiejskich chatach, w jednoizbowych pomieszczeniach, gdzie mieszkały wielopokoleniowe rodziny, gdzie o higienie nie słyszano. Na zlecenie Państwowego Zakładu Higieny zorganizował więc w połowie lat 30-tych ruchomą pracownię epidemiologiczną. To było idealne rozwiązanie: laboratorium można było postawić najbliżej potrzebujących pomocy. Wyniki działalności tej pracowni stały się podstawą napisania doktoratu.

Mosing był już w młodym wieku tak znany w swojej dziedzinie, że to on właśnie został wysłany jako reprezentant lwowskiego środowiska badawczego na III Międzynarodowy Zjazd Medycyny Tropikalnej w Amsterdamie. Miał wtedy 28 lat. Po zjeździe zaproszono go na trzy miesiące do prestiżowego Instytutu Chorób Tropikalnych w Hamburgu. Zaledwie rok przed wybuchem II wojny…

Ta zastała naukowca na kolejnej ekspedycji w karpackich ogniskach epidemii tyfusu. Po zajęciu Lwowa przez wojska sowieckie wrócił do swojego miasta i walnie przyczynił się do uratowania wyposażenia Instytutu Weigla, w tym laboratoryjnie utrzymywanej populacji wszy hodowanych w Instytucie dla produkowania szczepionki. Może zakrawać na paradoks, że naukowcy tak dbali o zachowanie przy życiu znienawidzonych przez świat wszy, ale bez tego produkcja szczepionki na większą skalę byłaby niemożliwa. A wszy były poza organizmem człowieka bardzo wrażliwe i łatwo ginęły.

W czasie wojny liczyło się to, czy Instytut będzie produkował szczepionkę, i to niezależnie od rodzaju okupacji, sowieckiej, czy niemieckiej. Zarówno Rudolf Weigl, jak i Henryk Mosing, który był jego prawą ręką do spraw naukowych, pozostawali przy zmieniających się okupantach na swoich stanowiskach i otrzymywali zadanie wyprodukowania jak największej ilości szczepionki. Nadzorcy zdawali sobie sprawę z tego, że nikt inny nie będzie w stanie zrobić tego lepiej. Praca naukowa była na dalszym planie.

Gdy wojna się kończyła, Niemcy zmusili Weigla do wyjazdu razem z frontem. 61-letni profesor nie miał już nigdy powrócić do Lwowa. Jego miejsce w Instytucie zajął  o prawie 30 lat młodszy Mosing. Co interesujące, w pierwszym okresie był on samodzielnie umocowanym dyrektorem Lwowskiego Instytutu Epidemiologii i Mikrobiologii, instytucji powstałej z przekształcenia Instytutu Weigla przez władze sowieckie. Po kilku miesiącach władze przywróciły sowiecką normalność i na czele Instytutu postawiły zaufanego  członka partii.

Henryk Mosing był zdecydowany zostać we Lwowie i pracować właśnie tam. Pomysłów związanych z działalnością duchową nie zdradzał rzecz jasna swoim nadzorcom i współpracownikom na polu mikrobiologii. Wiele wskazuje na to, że walkę z tyfusem także traktował jako powołanie, a badanie naukowe jak posługę dla potrzebujących.

Start nie był najgorszy. Na początku roku 1946 Mosing dostał od władz sowieckich odznaczenie za walkę z tyfusem. Pod koniec tego roku, w listopadzie, miało natomiast miejsce wydarzenie, które musiało być szczególnie nobilitujące: jego mistrz, Rudolf Weigl, przedstawił na posiedzeniu Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, jego referat naukowy. Trudno o większy dowód uznania, choć obaj zapewne traktowali to jako rzecz naturalną.

Tymczasem w oficjalnej nauce sowieckiej Mosing był w sensie formalnym nikim. Jego tytuły naukowe nie były uznawane przez ZSSR. Paradoksalna sytuacja, w której uznawane i finansowane przez państwo badania naukowe prowadził i sprawozdawał w oficjalnych czasopismach naukowych człowiek formalnie nie będący nawet magistrem, musiała jednak jakoś doskwierać odpowiedzialnym za „odcinek naukowy”, bo wreszcie w połowie roku 1948 otrzymał stopień naukowy kandydata nauk bez konieczności obrony dysertacji. Odpowiadało to posiadanemu przez Mosinga polskiemu stopniowi doktora. Co charakterystyczne dla sposobu traktowania osób niepewnych ideologicznie, dyplom z Moskwy otrzymał dopiero w trzy lata później…

Natomiast w rok później, w połowie roku 1949, władze sowieckie zlikwidowały dział produkcji szczepionki przeciwtyfusowej, którego Mosing był kierownikiem. Było to elementem sporu, jaki na temat najlepszej metody zwalczania tyfusu toczył się wówczas w ZSSR. Przodujący uczeni sowieccy, pragnęli bowiem pokazać Stalinowi, że osiągnęli sukces: zwalczyli tyfus w Ojczyźnie Światowego Proletariatu. I osiągnęli to szybko. Ich pomysłem było podjęcie działań na wielką skalę: była to w pełnym tego słowa znaczeniu kampania, niczym kampania wojenna, ale w ówczesnych krajach komunistycznych rozwiązywanie wszelkich problemów postrzegano w kategoriach walki. W całym kraju miano dokonać zmasowanej akcji wykrywania chorych, ujawnionych hospitalizować, ich mieszkania i rodziny zdezynfekować i w ten sposób wygasić ostatecznie ogniska choroby.

Taka właśnie była oficjalna, przyjęta przez partię i rząd, koncepcja. Na przełomie lat 40. I 50. podjęto kilka tego typu akcji, a wreszcie ogłoszono, że Związek Sowiecki jest krajem wolnym od tyfusu. Sowieccy uczeni mogli zameldować wodzowi o sukcesie. Tyle, że cały czas pojawiali się nowi chorzy i to w miejscach, gdzie według oficjalnych zapewnień, zarazków już nie było. Uczeni sowieccy byli zdumieni: przecież wszyscy wiedzieli, że zarazki tyfusu mogły żyć jedynie w organizmach ludzkich i organizmach wszy. A wszy mogły przeżyć jedynie żywione przez ludzką krew. Więc jeżeli nie było nosicieli i nie było wszy, to skąd tyfus?

Na to pytanie odpowiadał w swoich pracach naukowych Henryk Mosing. Czynił to spokojnie i cierpliwie mimo, że miał przeciwko sobie ogromną większość luminarzy świata sowieckiej nauki, a w swoich artykułach powoływał się na przedstawicieli „zgniłego zachodu”. Jego oponenci nie wahali się zarzucać mu, że powołuje się na „reakcyjne teorie” obcych uczonych. I co gorsza, te teorie miały wywierać „demobilizujący wpływ” i odciągać od realizacji najważniejszego celu – ostatecznego zwalczenia tyfusu. To już był zarzut bardzo niebezpieczny, bo następnym krokiem mogło być oskarżenie o sabotaż. Około roku 1950 takie oskarżenie w Związku Sowieckim mogło oznaczać najgorsze. A Mosing był Polakiem o austriackich korzeniach. Łatwo mógł skończyć jako szpieg polskiego emigracyjnego rządu współpracujący z austriackimi faszystami na zlecenie Watykanu, bo swojego stosunku do religii nie ukrywał w najgorszych nawet czasach.

Trzeba było ogromnej siły charakteru i przekonania o wartości swoich prac, aby przetrwać takie nierówne starcie. Mosing nie tylko je przetrwał, ale i wygrał. O co chodziło w tym sporze? Otóż przodujący uczeni sowieccy czynili jedno błędne założenie: że tyfus rozprzestrzenia się tylko przez swoje specyficzne zarazki (tzw. riketsje), a te mogą żyć wyłącznie w organizmie wszy lub człowieka i wraz z likwidacją wszy i wyleczeniem chorych problem znika. Nie brali oni pod uwagę utajonej formy tyfusu u ludzi, którzy zostali już wyleczeni. Taka utajona forma mogła się ujawnić nawet po 20 latach w formie tzw. choroby Brilla i jeśli chory nie przestrzegał zasad higieny i miał wszawicę, mogła doprowadzić do wybuchu epidemii. W dodatku taka utajona forma była praktycznie niewykrywalna przy pomocy klasycznych testów używanych w celu wykrycia zwykłego tyfusu. Krótko mówiąc – nie dawała się zwalczyć przy pomocy jednej akcji. Mosing mówił swoim oponentom i przy okazji komunistycznym władzom, że walka z tyfusem nie będzie jedną spektakularną kampanię, którą da się efektownie wygrać. Że będzie działaniem długotrwałym, obliczonym na dziesięciolecia. To się nie mogło podobać…

Henryk Mosing nie ograniczał się jednak do głoszenia oryginalnych poglądów naukowych, ale dawał praktyczne rozwiązania. Skoro utajona forma tyfusu nie mogła być wykryta przy pomocy tradycyjnych testów, opracował nowy test, który ją wykrywał. Był to tak zwany „test Mosinga”, a reakcja, na jakiej się opierał nosi nazwę „reakcji Mosinga”. Test był prosty i skuteczny i – co najważniejsze – mógł być używany wszędzie, także w prowincjonalnych, słabo wyposażonych ośrodkach zdrowia. Jego autor nadzorował produkcję testu, a także jeździł po całym kraju i uczył, jak go używać. Dzięki tym działaniom tyfus został zlikwidowany na terenie sowieckiej Ukrainy w roku 1963, czyli półtorej dekady od sporu między zwolennikami spektakularnych działań i naukowcem. Podobne procedury wdrożono na terenie całego ZSSR, a Mosing był jedną z osób, które je realizowały.

Czas ten, mimo dusznej atmosfery panującej w nauce sowieckiej, był dla Mosinga okresem niezwykle intensywnej pracy naukowej. W roku 1956 otrzymał tytuł doktora nauk medycznych, co jest odpowiednikiem habilitacji w naszym systemie tytułów naukowych. Praca, jaką przedstawił dotyczyła pewnej odmiany tyfusu zwanej gorączką okopową, lub wołyńską. Prace nad nią rozpoczął jeszcze w połowie lat 30-tych wspólnie z Rudolfem Weiglem.

Intensywnie zajmował się też pracą naukową i dydaktyczną, tworząc wokół siebie środowisko uczniów i współpracowników, których przyciągała do niego – jak to określił jeden z naukowców – „bezgraniczna uczciwość w nauce”. Przy nim uczniowie mieli swobodę badań i jednocześnie w każdej chwili mogli spotkać się i porozmawiać o trudnościach i problemach. Nie wykorzystywał swoich uczniów, jak to czyniło (i czyni) wielu profesorów. Był dla nich.

Władze sowieckie nigdy jednak nie zdecydowały się w pełni docenić jego osiągnięć. Symptomatyczne było to, że kiedy został zaproszony na sesję ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia do Genewy, nie dostał paszportu, a zamiast niego do  Szwajcarii pojechał jeden z naukowców, którzy najbardziej w przeszłości zwalczali jego poglądy, a który w międzyczasie poglądy zmienił. Nie wiemy, czy w rozmowach z zachodnimi ekspertami przypisywał osiągnięcia Mosinga sobie, czy też oddawał mu sprawiedliwość.

Z pewnością Doktora nie zainteresowałby ten problem. Dla niego problemem było zwalczenie tyfusu, nie zaś atrakcyjne wyjazdy zagraniczne i zbieranie zaszczytów. Zresztą, w warunkach sowieckich zaszczyty były tego rodzaju, że może i lepiej było ich być pozbawionym. Na przykład w setną rocznicę urodzin Lenina, w roku 1970, kiedy naukowcy wypinali piersi po ordery i prześcigali się w wiernopoddańczych mowach w czasie uroczystych akademii, Mosingowi ani nie przyznano orderu, ani też nie zaproszono go do prezydium. Była to w świecie sowieckim forma szykany, ale czy była to istotnie szykana dla człowieka normalnie myślącego?

(rb)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *