Mosing i Weigl

Między tymi ludźmi istniała niewątpliwie klasyczna relacja mistrz – uczeń, ale wiele wskazuje na to, że było też coś więcej. Autentyczna przyjaźń. Na tyle, na ile pozwalała na to różnica wieku i konwenanse czasów, które nie dawały przyzwolenia na nadmierne manifestowanie uczuć między ludźmi z różnych pokoleń. Kiedy Henryk Mosing zetknął się po raz pierwszy z Rudolfem Weiglem, był młodziutkim studentem, a naprzeciwko niego stał profesor o uznanej pozycji naukowej i ustabilizowanej sytuacji rodzinnej i majątkowej. Człowiek, który mógłby być jego ojcem. A jednak pewne cechy charakteru obu tych ludzi sprawiły, że połączyły ich więzy przyjaźni. Co ich łączyło? Z pewnością jedną z tych rzeczy było umiłowanie prawdy. Brzmi to nieco pompatycznie, bo o sławnych ludziach zwykle się mówi, że „miłowali prawdę”, ale w tym przypadku pompatyczna forma niesie ze sobą autentyczną treść. Być może moglibyśmy użyć określenia „szacunek dla prawdy”, ale to było znacznie więcej niż szacunek. Syn Rudolfa Weigla, Wiktor, pisał o swoim ojcu, że kłamstwa, krętactwa i cwaniactwa po prostu nienawidził: „Gdy złapał kogoś na kłamstwie czy krętactwie, człowiek ten przestawał dla niego istnieć.” Mosing nie był tak rygorystyczny, zapewne dlatego, że jego wiara nie pozwalała na „skreślanie” człowieka. Ale prawda i prawdomówność to były dla niego sprawy kluczowe. W jego Instytucie Św. Wawrzyńca najchętniej rozważał ze swoimi podopiecznymi myśl: „Nie wolno czynić zła, aby wyniknęło dobro”. Jego wychowankowie podkreślali, że kłamstwo było w jego oczach najgorszym czynem, jakiego można się było dopuścić. Obecny biskup pomocniczy Lwowa, Leon Mały opowiada, że kiedy przychodził jako młody chłopak do domu Doktora pobierać naukę, to mógł narobić bardzo wielu głupstw, mógł wysadzić w powietrze piecyk gazowy, co zresztą w pewnym momencie jednemu z wychowanków się zdarzyło, ale nie mógł skłamać. A jeśli skłamał, to potem przez wiele czasu musiał rozważać okoliczności, w jakich do tego doszło i Doktor dbał o […]

czytaj dalej

„Za drugich Sowietów” – depolonizacja miasta

Okres trzeciej okupacji Lwowa, po wyparciu Niemców w lipcu 1944 roku, nazywany był przez mieszkańców „za drugich Sowietów”. Po doświadczeniach lat 1939-41 nikt nie miał złudzeń, jak będzie wyglądało „wyzwolenie”. Zaczęło się dobrze, od współdziałania oddziałów AK i wojsk sowieckich przy zdobywaniu miasta. Współdziałanie było elementem Akcji „Burza”, która nakazywała podjęcie działań zbrojnych wspólnie z sojusznikami, a następnie wystąpienie wobec nich w roli gospodarzy. Jednak to współdziałanie trwało krótko, a wywieszenie polskich flag w wyzwolonym od Niemców Lwowie nie było dobrze widziane przez nowe władze. Jeszcze raz okazało się, jak ważny był Lwów dla Sowietów. Szef Komunistycznej Partii Ukrainy i bliski współpracownik Stalina, Nikita Chruszczow, zjawił się w mieście tuż po przejściu frontu: 30 lipca. Mógł się wówczas naocznie przekonać o nastawieniu miejscowych Polaków. Domy udekorowane były biało-czerwonymi flagami, a w czasie wiecu, na który spędzono w miarę lojalnych mieszkańców zaczęto wznosić okrzyki: Niech żyje polski Lwów! Lwów do Polski! Według przekazów sekretarz zaczął wówczas gniewnie pochrząkiwać i być może wtedy przekonał się ostatecznie, że bez całkowitej pacyfikacji żywiołu polskiego nigdy nie opanuje tego miasta. W podobnym tonie brzmiały sprawozdania lokalnych enkawudzistów. Jak to ujął jeden z dowódców oddziały te „od razu przystąpiły do swoich obowiązków”. Polskie oddziały, które pomogły zdobyć Lwów, zostały prędko rozbrojone i wcielone do armii podporządkowanej dowództwu sowieckiemu. NKWD działało brutalnie i energicznie, aresztując w regionie w krótkim czasie około 4 tysiące ludzi zaangażowanych w konspirację. Jednak od represji silniejsze okazały się działania polityczne. Chruszczow i Stalin postanowili, że lwowszczyzna musi być w przyszłości fizycznie niezdolna do manifestowania polskości. Trzeba było Polaków stamtąd wywieźć. Można było ich wywieźć na wschód, ale wzbudziłoby to niepotrzebne kontrowersje wśród Aliantów, w końcu Polska była formalnie sojusznikiem. Lepiej było ich wywieźć na zachód, czyli na przyszłe terytorium powojennej Polski. Stalin rozumował w sposób dla siebie właściwy, to znaczy racjonalny, choć […]

czytaj dalej

Henryk Mosing jako naukowiec

Większość swej naukowej kariery przeżył w Związku Sowieckim, kraju specyficznym pod tym względem. Uczeni w imperium Stalina i jego następców byli wysoko cenieni, choć ich różne kategorie doznawały różnego traktowania. Przedstawiciele nauk ścisłych, ale także lekarze, biolodzy, wszyscy których praca w realnym zakresie mogła się przyczynić do rozwiązania prawdziwych problemów, czy byłaby to budowa bomby atomowej, rakiety międzykontynentalnej, czy zwalczenie groźnej epidemii, byli cenieni wysoko i traktowani tak, aby można było w pełni wykorzystać ich umiejętności. Humaniści musieli być po prostu posłuszni. Nie  bez przyczyny Stalin był przez aparat propagandy nazywany „wielkim językoznawcą”, a nie np. „wielkim fizykiem”. Tytuły, jakimi go określano odnosiły się do – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „umiejętności miękkich”.  Był „koryfeuszem kultury”, „wielkim wychowawcą” i „czułym sercem świata”. Był wszystkim wszędzie tam, gdzie można było łatwo sterować materią bez szkody dla czegokolwiek za wyjątkiem ludzkiej duszy i świadomości, czego oczywiście pożądał. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jego władza nie sięgała tak daleko, aby narzucać teorie fizykom, czy matematykom. Co do biologów, nie było już tak łatwo, choć casus Łysenki pokazuje dowodnie granice narzucania woli naturze. Humaniści znajdowali się natomiast pod pełną władzą ideologii. Oni konstruowali świat wyobrażony, a nad tym światem władza miała – i musiała mieć – kontrolę całkowitą. Mosing jako naukowiec żył gdzieś pomiędzy rzeczywistością twardą i  całkowicie sprawdzalną, a realnością płynną i podlegającą fluktuacjom narzucanym przez politykę. Sprzyjał mu fakt, że walka z chorobami epidemicznymi była jednym z naczelnych zadań sowieckiego państwa, które – oprócz wzmocnienia swej siły (cóż wart jest rekrut chory na tyfus?) – dążyło do pokazania swej wyższości nad światem „kapitalistycznym”.  Jak bowiem lepiej ukazać swój humanizm i troskę o człowieka niż zwalczając choroby trapiące ludzkość od stuleci? Nie można więc było tej walki wystawiać na szwank przez lansowanie bezsensownych teorii. Z drugiej jednak strony – co okazało […]

czytaj dalej

Powołanie i tajne wyświęcenie

„Czy Pan wie na co Pan idzie?” – zapytał Mosinga rzeczowo kardynał Wyszyński w dniu, w którym miał mu udzielić święceń. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą powiedział tylko: „To będziemy święcić”. Tak wyglądała cała rozmowa z kandydatem do kapłaństwa, który nie miał ukończonych studiów teologicznych, nie uczęszczał nawet dnia do żadnego seminarium i niedługo po otrzymaniu święceń miał wyjechać i pełnić posługę samotnie, we wrogim otoczeniu, musząc się ukrywać, a jednocześnie dobrze wybierać, którym ludziom zaufać. Przy tym nie wiadomo było, kiedy kardynał i wyświęcony przez niego kapłan zobaczą się ponownie. Obaj mieli świadomość, że może nie stać się to nigdy. Rozmowa biskupa z kandydatem na księdza jest praktyką zwyczajną. Trochę w tym rytuału, jednak wiele autentycznej troski o człowieka – zwykle młodego – który wkracza na drogę trudną i wymagającą. W tym przypadku chodziło o człowieka 51-letniego, a więc już całkiem niemłodego. Jednak rytuału było w tej rozmowie mało. Była troska. Męska, nieczułostkowa, trochę szorstka. Dlaczego właściwie Henryk Mosing chciał zostać kapłanem w ateistycznym mocarstwie atomowym, które wydawało się wówczas wiecznotrwałe niczym pierwszym chrześcijanom musiał wydawać się Rzym? Była tu już mowa o religijnym wychowaniu w domu i o solidnej formacji duchowej w młodości, o styczności z ks. Andraszem i środowiskiem „Odrodzenia”. Istnieje anegdota, która może dobrze wyjaśniać przyczyny, dla jakich Henryk Mosing tak usilnie do tego dążył. Gdy był już na emeryturze, pod koniec lat 70-tych, a może na początku 80-tych, w czasie jednego ze spotkań ze swoim przyjacielem, historykiem sztuki Mieczysławem Gębarowiczem, obaj panowie rozmawiali – jak to często bywało – o sytuacji w Związku Radzieckim. Gębarowicz wygłosił opinię, że ustrój sowiecki gnije, zaś Mosing skwitował tę obserwację zdaniem: „A skąd Pan wie, że zgnilizna w danym przypadku nie jest stanem normalnym?” Człowiek taki, jak Mosing nie mógł być obojętny na panowanie „zgnilizny” jako stanu normalnego, na odebranie człowiekowi […]

czytaj dalej

Instytut Tyfusowy Rudolfa Weigla – legenda Lwowa

To była jedna z tych instytucji, bez których Lwów nie byłby sobą. Zaś twórca Instytutu był jedną z tych postaci lwowskiego środowiska naukowego, które świadczyły o jego oryginalności i wielkości. Dwukrotnie otarł się o Nagrodę Nobla i dwukrotnie nie otrzymał jej z powodów politycznych. Za pierwszym razem sam odmówił, gdyż jej przyjęcie wiązałoby się ze zdradą ideałów życiowych, a za drugim razem padł ofiarą politycznych rozgrywek na najwyższym szczeblu. Rudolf Weigl był Polakiem z wyboru i temu wyborowi pozostał do końca życia wierny, choć nie odnosił z powodu swojej wierności żadnych specjalnych korzyści. Ta polskość z wyboru była polskością trudną. Właściwie był Austriakiem, a urodził się na Morawach. W roku odzyskania przez Polskę niepodległości był już człowiekiem dojrzałym i w pełni ukształtowanym naukowcem, miał bowiem 35 lat, a rok przed wybuchem I wojny zrobił na Uniwersytecie Lwowskim habilitację pod kierunkiem znakomitego uczonego, Józefa Nusbauma-Hilarowicza, którego był asystentem. W roku 1914 został powołany do wojska i tam zetknął się w sposób praktyczny z problemem naukowym, który zdominował jego życie i doprowadził go do największych odkryć: z walką z tyfusem, czyli durem plamistym. Każdy, kto czytał cokolwiek związanego z I wojną światową, choćby i „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, musi pamiętać to słowo: tyfus. W czasach starożytnych i w średniowieczu grozę w ludziach budziły dżuma i czarna ospa, w czasach nowożytnych ich miejsce zajął tyfus. To właśnie tyfus, nie tylko mróz, pokonał Napoleona pod Moskwą, to tyfus zabrał życie stu tysiącom żołnierzy w czasie Wojny Krymskiej. W czasie I wojny zmarło na tę chorobę około 3 miliony ludzi. W 1918 roku zapanowała słynna epidemia grypy zwanej Hiszpanką, ale i w tym przypadku było  podobnie, jak z napoleońskim generałem mrozem: razem z grypą panowała epidemia tyfusu i trudno dziś ocenić, jaką część z dziesięciu milionów ofiar zabrała która z tych chorób… Nic zatem dziwnego, […]

czytaj dalej

Lwów pod dwiema okupacjami

Lwowianom wydawało się, że wojna będzie przypominała tę sprzed dwudziestu lat. Będzie trudna i okrutna, ale w jakiś sposób cywilizowana. Tym bardziej, że z początku wyglądało na to, że miasto zajmą Niemcy, sprzymierzeni przecież z Austriakami, tak dobrze znajomi z całkiem niedawnych czasów. Niemieckie wojska oblegały Lwów przez 10 dni, ale nigdy nie udało im się miasta całkowicie otoczyć. Nadzieja zgasła, jak w całym kraju – 17 września, gdy na polskie ziemie wkroczyła armia sowiecka. Dzień później na atak serca wywołany stresem i rozpaczą zmarł dyrektor lwowskiego Ossolineum, Ludwik Bernacki. Było to memento dla całego miasta. Dowódca obrony Lwowa, generał Władysław Langner, który musiał poddać miasto Sowietom, tak napisał w odezwie do mieszkańców: Oznajmiając Wam tę wieść żałobną, dziękuję Wam w imieniu wojska polskiego za to coście zdziałali i coście znieśli i wyrażam wiarę, że Lwów zawsze wierny, bohaterski, polski Lwów przetrwa tę straszną próbę niezłomnie, że pozostanie polskim na wieki. Te piękne słowa, które miały dodać otuchy zszokowanym mieszkańcom, nie miały się ziścić. Spełniły się natomiast przepowiednie poetki Beaty Obertyńskiej, która w wierszu „Ostatnia jesień” pisała: Noc narasta od wschodu, wielka i kosmata. Noc zadławi niebawem precz, u krańców świata łun ostatek, co w drzew się nagiej czerni żarzy. (…) Usnął park jak znużony po wyroku więzień, co  śmierci się na jawie rozważać nie waży, za to snem się zawczasu z jej bezwładem brata… Kiery żar łun ostatnich między pnie się wgniata, noc narasta od wschodu… Sowieci, którzy zajęli Lwów 22 września, przystąpili bardzo prędko do zmieniania miasta i mieszkańców. Pojawiły się w wielkiej liczbie nowe pomniki, transparenty, portrety wodzów sowieckich. Do mieszkań zaczęto dokwaterowywać krasnoarmiejców, zaczęły się problemy z zaopatrzeniem w żywność. Polacy śmiali się z prymitywnych zachowań nowych władców, ale był to śmiech przez łzy. Karolina Lanckorońska opisuje scenę, jaka wydarzyła się w jej obecności w sklepie, […]

czytaj dalej

Urodzeni około roku 1910 – odważni księża

Ludzie urodzeni około roku 1910 byli skazani na to, aby być zimni lub gorący. Nie mogli być letni, bo czas na to nie pozwalał. Urodzeni tuż przez pierwszą Wielką Wojną, dorastali w niepodległej Polsce, która była dla nich czymś naturalnym, a gdy doszli wieku dojrzałego, musieli stawić czoła następnej Wielkiej Wojnie. Henryk Mosing urodził się w roku 1910. Należał do pokolenia, które miało dokonać rzeczy wielkich, i choć nie zawsze były one widoczne dla świata, pozostały w ludzkiej pamięci. Karolina Lanckorońska, tak opisuje atmosferę pierwszych deportacji Polaków z lwowszczyzny, w lutym 1940 roku: Na torach za dworcami lwowskimi stał cały park wagonów bydlęcych, przeciętnie po 80 osób w wagonie, jedni umierali, drudzy się rodzili – a mróz trzymał. Wreszcie pierwsze pociągi ruszyły na wschód. Zawsze, bez wyjątku, w tej chwili najstraszniejszej rozbrzmiewał śpiew zawsze ten sam, a raczej zawsze dwie te same pieśni: Rota lub Boże, coś Polskę… W tym czasie, nie pamiętam dnia, miałam wizytę jedną z najważniejszych w moim życiu. Odwiedził mnie ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który czasami przychodził w różnych sprawach pomocy. Gdy mu otworzyłam drzwi, uderzył mnie wyraz jego twarzy, spokojny, prawie radosny, nawet promienny jakby jakimś wewnętrznym szczęściem. Dziwny to był kontrast z otaczającym nas wówczas cierpieniem. – Przyszedłem się pożegnać. – A dokąd Ksiądz jedzie? – Nie wiem. Ksiądz Fedorowicz miał wówczas 33 lata, był w wieku symbolicznym, miał tyle samo lat, ile według tradycji miał Chrystus, gdy szedł na krzyż. Fedorowicz nie mógł znieść świadomości, że na wschód wywożonych jest tylu pozbawionych opieki duchowej ludzi. Postanowił pojechać razem z nimi. Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach. Gdy zamknęłam za nim drzwi, miałam wrażenie, że smuga światła po nim została. Wyjechał wkrótce potem. Karolina Lanckorońska pozostawiła nam wspaniały, sugestywny i krzepiący obraz, ale pomyliła się. Ksiądz Fedorowicz nie wyjechał w lutowej fali […]

czytaj dalej

Formacja duchowa w trudnych czasach

Życie akademickie między wojnami było burzliwe. Uczelnie były terenem gwałtownych walk politycznych, w wielu przypadkach walk toczonych całkowicie realnie, fizycznie. Częste były pobicia, bywały też ofiary śmiertelne. Policyjne rewizje w akademikach wielokrotnie kończyły się znalezieniem pistoletów. Linia podziału w środowiskach studenckich biegła na ogół między zwolennikami Narodowej Demokracji i radykalnymi ugrupowaniami nacjonalistycznymi, a grupami sanacyjnymi, lewicowymi, żydowskimi i mniejszościowymi. Hasłem podnoszonym przez ugrupowania narodowe był „numerus clausus” dla studentów żydowskich, czyli ograniczenie ich odsetka wśród studiujących. Uważano bowiem, że studenci żydowscy „zabierają” miejsca na uczelniach rdzennym Polakom. Na tym tle dochodziło do starć. We Lwowie istotny był także konflikt narodowościowy: między studentami polskimi a ukraińskimi. Radykalizmy polityczne II RP sięgały do wzorców rozwijanych w III Rzeszy i Związku Sowieckim, a Sanacja nawigowała między nimi starając się utrzymać władzę przez odwoływanie się do idei państwa i autorytetu Piłsudskiego. Demokracja, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni dziś, nie istniała. Rok 1928, w którym Henryk Mosing wstąpił na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, był w kraju rokiem wyborów, pierwszych wyborów po przewrocie majowym. Ostrość sporu politycznego owego czasu doskonale oddaje słynny fragment przemówienia Walerego Sławka na zjeździe BBWR w roku 1929: Zdrowiej czasami połamać kości jednemu posłowi, niż doprowadzić do konieczności użycia karabinów maszynowych. Przemoc była na porządku dziennym. Aresztowani w 1929 roku posłowie opozycyjni doznawali w Brześciu brutalnego i upokarzającego traktowania. Na ulicach dochodziło do starć i lała się krew. Najgłośniejszym przypadkiem była śmierć studenta Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, Stefana Wacławskiego, który ugodzony kamieniem w głowę zmarł w szpitalu. Był on uczestnikiem manifestacji antyżydowskiej, która starła się z kontrmanifestacją Żydów. Także we Lwowie zginął student i doszło do gwałtownych zamieszek. Ta śmierć miała jednak – jak się okazało – charakter kryminalny, więc z ofiary nie można było uczynić męczennika, ale zanim do opinii publicznej doszła prawda, na ulicach Lwowa było przez […]

czytaj dalej

Lwów początku XX wieku: miasto-tygiel

Ludzie w tym mieście byli niepokorni i twardzi. I nie chodzi tu o twardość podmiejskiej żulii, która zyskała pieszczotliwe i uwielbiane w reszcie kraju miano „batiarów”. Twardzi w tym mieście byli ludzie kulturalni. Profesorowie, księża, urzędnicy, studenci… Być może ta „batiarska” twardość lwowskiej inteligencji brała się z bezwzględnej rywalizacji, jaka w tym mieście toczyła się między nacjami właśnie na polu uniwersyteckim? Lwowska wyższa uczelnia, stworzona jeszcze za Jana Kazimierza, w wieku XIX stała się polem zmagań między trzema językami: niemieckim, polskim i ruskim, który później przeewoluował w ukraiński. Łacina, choć obecna, to jednak głównie na wydziale teologicznym, nie brała udziału w zmaganiach, ale pozostawała w roli neutralnego obserwatora: chodziło o to, czy rząd dusz będzie trzymać Austria, czy też obejmą go Polacy lub Ukraińcy, właśnie zyskujący świadomość narodową. Na początku język niemiecki panował niepodzielnie. Wiosna Ludów przyniosła zezwolenie na prowadzenie pewnych wykładów w językach narodowych. W dekadzie lat 50-tych język ruski i uczeni ukraińscy uzyskali pewne znaczenie, co wiązało się z austriacką polityką faworyzowania jednych nacji względem drugich. Żywioł polski okazał się jednak silniejszy i od lat 70-tych XIX wieku zaczął się rozpychać na dobre i wypychać inne języki, przy czym łacina tradycyjnie utrzymywała swoje stałe, niepolityczne stanowisko na wydziale teologii. Choć uczonych każdej narodowości traktowano z szacunkiem należnym ich wiedzy i doświadczeniu, nie ulegało wątpliwości, że była to wówczas uczelnia polska. Byli zresztą uczeni, którzy prowadzili wykłady w swoich dziedzinach i po polsku i po rusku, więc owo zwycięstwo języka polskiego nie miało charakteru absolutnego i niszczącego tożsamość innych nacji, ale dekady mniej lub bardziej otwartej rywalizacji musiały pozostawić ślad, którym mogła być pewna twardość charakterów, nawet u najbardziej subtelnych osobowości. A ta twardość ujawniała się czasami w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Jeden z pierwszych polskich historyków sztuki, nota bene z pochodzenia Ormianin, urodzony w połowie XIX wieku Jan Bołoz […]

czytaj dalej

Przodkowie z austriackiej Styrii

Rodzina Mosingów przybyła do Galicji z austriackiej Styrii pod koniec XVIII wieku. Zmarły w 1841 roku Józef Wilhelm Mosing, pochodzący z Eisenstadt, był między innymi lekarzem w Sandomierzu, Brzeżanach i Tarnopolu. Jego syn, znany lwowski lekarz Godfryd Henryk Mosing, urodził się w Sandomierzu i można przypuszczać, że znał język polski, bo swojego z kolei syna, także znanego później lekarza, nazwał Kazimierz Mateusz. Ten urodził się w 1838 roku we Lwowie i znał już polski na pewno, bo po polsku publikował artykuły naukowe. On miał zostać dziadkiem Henryka Mosinga. Kazimierz Mateusz studiował chirurgię w Krakowie i  Wiedniu, a w wieku 28 lat został lekarzem Sądu  Krajowego we Lwowie. We Lwowie też spędził resztę życia. Zostawił miastu fundację dla sierot swojego imienia. Współorganizował też – wraz z ojcem – Towarzystwo Lekarzy Galicyjskich. Byli więc Mosingowie wrażliwi na swoją rolę społeczną, dzielili się nie tylko swoją wiedzą i umiejętnościami, ale i majątkiem. Rodzina prędko się rozrosła, wywodzili się z niej także prawnicy i duchowni, w roku 1876 jeden z nich, ksiądz infułat Karol Mosing, przewodniczył uroczystościom pogrzebowym poety Seweryna Goszczyńskiego. Jeden z Mosingów był w XIX wieku wziętym wileńskim adwokatem, drugi radcą sądu we Lwowie, a jeszcze inny profesorem prawa na Uniwersytecie Lwowskim. To najlepiej świadczy o tym, jak mocno w ciągu niespełna stulecia wrośli w polską glebę ci potomkowie styryjskich górali. Wspomniany wyżej Kazimierz Mateusz Mosing miał jedynego syna, Stanisława Józefa, który także wybrał karierę lekarską. Urodzony w roku 1871, skończył medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim i został lekarzem wojskowym, służąc najpierw w wojsku austriackim, a następnie polskim jako pułkownik. Pojął za żonę o 10 lat odeń młodszą Olgę Dziwińską, córkę profesora Politechniki Lwowskiej, i z ich związku urodził się 27 stycznia 1910 Henryk Mosing, który otrzymał także imiona Ernest, Jan i Ryszard. Tego ostatniego czasami używał. Miał czworo rodzeństwa: Adelę (1904-71), Kazimierza […]

czytaj dalej